czwartek, 31 maja 2012

Było... minęło... (1) - "W Dolinie Muminków" (1948)

tłumaczenie: Irena Wyszomirska (przekład z tłumaczenia szwedzkiego). Data pierwszego polskiego wydania - 1964 r.

Nie Kubuś Puchatek, nie Alicja w Krainie Czarów, ale świat Muminków był moją pierwszą krainą dziecięcej fantazji.
Stało się tak z prostego powodu - nikt mi Kubusia i Alicji nie podsunął do czytania. I właściwie nie wiem dlaczego... skąd takie wykluczenie?
Sięgnęłam do tych lektur już jako dorosła osoba, chociaż spotkanie z oryginalnym Kubusiem (nie disneyowskim) było dość wyrywkowe, a z Alicją to już całkiem porażka. Znudziła mnie, przeczytałam trochę i od dawna kurzy się  na półce, gdzieś w drugim rzędzie.

Dostałam tę pierwszą muminkową książkę jako nagrodę, na zakończenie roku szkolnego w Ognisku Muzycznym (w klasie fortepianu) - miałam wtedy 9 lat.
W minionych dawno czasach PRL-u, Ogniska Muzyczne były jedną z dodatkowych form zajęć pozaszkolnych. Podobnie jak zajęcia w Domu Kultury, w osiedlowych kółkach zainteresowań itd. Nauka muzyki w Ognisku była to płatna przyjemność, więc dodatkowe obciążenie finansowe dla rodziców.

Czytałam oczywiście już samodzielnie, a książka przemówiła do mnie tak silnie, że całkowicie uwierzyłam w ten bajkowy świat. To pamiętam doskonale... zauroczenie tym światem i wejście w niego tak po prostu, jak tylko dziecko potrafi. Cieszę się, że jeszcze po tylu latach pamiętam to uczucie.

Czułam się w tym świecie bardzo dobrze, wielokrotnie wracałam do lektury, a nawet pozostał mi na całe życie pewien przesąd (od którego nie mogę się uwolnić do dziś).

"Wtem spostrzegli pierwszego motyla. Każdemu przecież wiadomo, że jeśli pierwszy motyl, którego zobaczy się na wiosnę, jest żółty, to lato będzie wesołe. Jeśli jest biały, będzie to tylko spokojne lato. (O czarnych i brązowych motylach najlepiej  nawet nie wspominać, gdyż jest to zbyt smutne). "

Wszyscy bohaterowie byli dla mnie tak realni, że nie zastanawiałam się nawet nad niemożliwością spotkania ich w "prawdziwym życiu".
Natomiast przyjęłam za pewnik, że... "Muminki po prostu są gdzieś daleko i dlatego mogę tylko o nich przeczytać."

sobota, 26 maja 2012

"Bułgarski bloczek"


"Bułgarski bloczek"  - rok wydania 2003, to kolejny (niestety), przegadany kryminał Joanny Chmielewskiej. Tak odbieram jej książki z ostatnich lat. Jakoś zniknęła ta wartkość akcji, krótkie dialogi, dowcip językowy i sytuacyjny.
Mamy za to rozmyte, rozwlekłe opisy, w których toną nijakie wypowiedzi bohaterów.
Dwu-, trzy-stronicowe monologi wewnętrzne narratorki, kładą kryminał na obie łopatki.
Nie odczuwam już tego miłego dreszczyku kryminalnej akcji i właściwie nie wiem, czy napięcie w ogóle rośnie?

Takie przegadane kryminały trzeba czytać dwa razy. Pierwszy raz szybko, żeby się dowiedzieć kto zabił. A drugi raz powoli, żeby dostrzec i zapamiętać osoby, zdarzenia, fakty, poszlaki oraz drogę dochodzenia do prawdy.

Książka jest typowym kryminałem w stylu autorki, takim jak jej prawie wszystkie książki. Pisząc prawie wszystkie mam na myśli osobę narratorki i głównej bohaterki. Najczęściej jest nią sama autorka, ale tutaj tylko się tego domyślamy.
Chyba nigdzie nie pada tym razem jej imię, ani nazwisko - ja tego nie dostrzegłam, dlatego użyłam słowa chyba. Wskazują na nią takie szczegóły, jak obecna również w innych powieściach praca nad tekstem (z pomocą redakcyjną młodszego pokolenia) oraz osoba Janusza, aktualnego od dłuższego czasu życiowego partnera  powieściowej Joanny Chmielewskiej.

Akcja rozgrywa się współcześnie, tym razem tylko na terenie Polski. Mamy tu morderstwo, kolekcje monet i znaczków oraz grupkę podejrzanych i świadków, którzy starają się urozmaicić śledztwo znikaniem, mataczeniem i fantazją fałszywych zeznań.

Jednak, chociaż to nie jest dawna Chmielewska, ja pozostaję jej wierną czytelniczką.
Mam prawie wszystkie jej książki i stale do nich wracam. Zagmatwana i nieczytelna akcja przy każdej kolejnej lekturze daje wrażenie czytania nowej książki.
To też jakiś plus...

sobota, 19 maja 2012

Przyszła pora na rozlewisko

Jednak się złamałam i wypożyczyłam w bibliotece trzy wielkie i ciężkie rozlewiskowe tomiska Małgorzaty Kalicińskiej.
Kilka razy zdarzyło się tak, że przeczytałam książkę już po obejrzeniu jej filmowej adaptacji. I wtedy jestem z tego powodu niezadowolona, bo film przeszkadza mi w lekturze. Na miejsce książkowych bohaterów pchają się wizerunki aktorów grających ich role, scenariusz jest beznadziejny i w ogóle mam zawsze inną wizję. Taką jak w pierwowzorze literackim, a nie taką, jaką wymęczył scenarzysta pod presją reżysera.
A już twory pod hasłem "na motywach......" ! - powstrzymam się od komentarzy, czym są dla takiego widza/czytelnika jak ja.

Mam dość niepochlebne zdanie o adaptacjach (szczególnie naszych polskich) - a właściwie to mam bardzo złe zdanie.
Cierpię fizycznie, zgrzytając zębami w czasie emisji filmu, kiedy widzę jak się morduje dobrą/bardzo dobrą/średnią powieść. Do większości adaptacji mam własną listę pretensji. Poczynając od obsady aktorskiej, przez dziwaczne skróty i przeróbki akcji, na okrojonych do niemożliwości dialogach kończąc.
I chociaż film to moje drugie wielkie uzależnienie, często boleję nad efektami filmowych adaptacji literatury. Prawie przy każdej okazji zastanawiam się, dlaczego tak jest? Chyba nam się rozchodzą w różne strony: moje oczekiwania, moja wizja filmowej wersji utworu z tym "co reżyser miał na myśli".

Serial obejrzałam bez wielkiego entuzjazmu, pierwsze odcinki "przy okazji", później dałam się wciągnąć. Wiadomo - tak to z serialami często bywa. Bronimy się rękami i nogami... że marnota, szkoda czasu... ale oglądamy. Głównie chyba chciałam zobaczyć powrót Małgorzaty Braunek po latach nieobecności aktorskiej.
O tej adaptacji słyszałam w większości opinie typu "nie umywa się do książki".
Poczytamy... zobaczymy...