poniedziałek, 31 grudnia 2012

Koniec starego roku...

 "Przez całe popołudnie dużo było hałasu, bieganiny i krzyku, ale teraz już wszystko gotowe. Sala przybrała wygląd olbrzymiego namiotu, którego dachem były kolorowe wstęgi, zwisające promienisto od środkowego pająka do lamp przyściennych. Żarówki owinięto i obwieszono barwnymi bibułami, a na pierwszym piętrze, w gabinecie, urządzono "pawilon szampański". W bufecie ciasno; stały tam cebry zapełnione lodem i flaszkami, a półki, szafy, lodownie i miejsca pod biurkiem i wodociągiem zapchane były baterią koniaków i win. Sala, nabita stołami, błyszczała się migotała od szkła i porcelany - a co stół, to inaczej, bo każda lampa w innego koloru bibułę była owinięta. Kelnerzy i pikole teraz jeszcze chodzili po rewirach, ustawiali wachlarze z serwet i uzupełniali nakrycia, a ponieważ goście, z góry płacąc po dziesięć lub dwadzieścia złotych - pozamawiali stoliki, więc wizytówki ich kładziono na kieliszkach lub przytwierdzano do tabliczek z napisem: "zajęty". Goście, którzy już raz zasiądą do stołu, nie opuszczą go do rana, ale to wystarczy, albowiem jeden stół w noc sylwestrową więcej daje targować niżeli cały rewir w zwykły wieczór".(...)
                                             Henryk Worcell "Zaklęte rewiry" rozdział dziesiąty

Ten fragment powieści,  powstałej w latach 30-tych XX wieku,  pokazuje organizację i przebieg sylwestrowej zabawy od strony obsługi, czyli pracowników restauracji hotelu "Pacyfik".
O samej powieści napiszę później (a więc już w nowym roku 2013), bo teraz na kilka godzin przed północą nastrój powinien być jak najbardziej szampański i zabawowy. Nawet jeśli to nastrój domowego zacisza w małym gronie.

Bale (nie tylko sylwestrowe) znajdziemy w przedwojennych powieściach i filmach.


A z powojennego dorobku polskiej kinematografii zawsze przypomina mi się przy okazji tematyki sylwestrowej film "Dziewczyna z dobrego domu" z 1962 roku.
O filmie można przeczytać tutaj. Podoba mi się to początkowe zdanie: 
"Opowiadana wspaniałą jazzową muzyką Andrzeja Kurylewicza historia Joanny, która w sylwestrową noc porzuca mieszczańskie zasady dla spontanicznej zabawy"


Oglądałam film kilka razy i pozostanie dla mnie miłym  wspomnieniem lat dzieciństwa, kiedy moi rodzice bawili się na jednej z takich zabaw. W rodzinnym albumie jest nawet kilka zdjęć, które wspaniale ilustrują poziom zabawy. Fotograf bawił się równie dobrze, jak pozostali uczestnicy spotkania - co widać na ukośnych ujęciach "tańczących" chyba stołów.

Do Siego Roku!

sobota, 22 grudnia 2012

Prawa rynku działają

Nie planowałam tego posta, bo sprawa jest mi kompletnie nieznana. Może nie tyle sprawa, ile konkretny podmiot gospodarczy, czyli pewne wydawnictwo. Kiedyś dawno temu ( o czym zupełnie zapomniałam, ale przypomniały mi teraz wpisy na blogach), trafiały do mnie kilkakrotnie kolorowe ulotki reklamujące sprzedaż jako klub książki na odległość. Ja nigdy niczego nie kupuję na zasadzie "kota w worku". Pamiętam z dawnych czasów istnienie "Sklepu sprzedaży wysyłkowej" i jego marniutkie katalogi. Nomen-omen magazyn wysyłający zamówione towary miał siedzibę w moim mieście. Wtedy , jako dziecko nie rozumiałam tego, że można coś zamawiać na poczcie, zamiast iść po ten towar do sklepu.

Nie zainteresowała mnie oferta tego książkowego klubu (żadnej z proponowanych wtedy książek nie kupiłabym), zresztą  nie planowałam regularnych zakupów, a szczególnie pod przymusem jakiegoś zobowiązania. To mi zupełnie nie odpowiada - chcę kupić książkę, to ja decyduję kiedy i jaki tytuł. A nie terminarz narzucony przez firmę, która mi coś narzuca za moje pieniądze. Dodatkowo w tym czasie, po latach "dorabiania się" zaczęliśmy z mężem odczuwać coraz bardziej deficyt miejsca. No i nie mamy pałacu, do którego można dobudować tak po prostu nowe skrzydło na bibliotekę.

Nie mam podstaw do wypowiadania się na temat tego wydawnictwa, bo nic o nim nie wiem. Nie kupowałam, nie interesowałam się co wydają.
A teraz, czytając posty w akcji obrony zagrożonej firmy, czuję niesmak.
Taka obrona, takie zaangażowanie ... chyba godne lepszej sprawy.  Oczywiście ja tak uważam, a widzę, że większość wpisów na blogach to zupełnie inne spojrzenie na to wydarzenie.

Ja nie dołączę do akcji ratowniczej, bo nie mam swojej strony, nie mam jakiejś tablicy do powieszenia linków  i nie mam innych obcobrzmiących fanowych pagów na FB. Nie odpowiada mi ta wszechstronna inwigilacja sieciowa i nigdy nie założę tam konta.
Ale zauważyłam, jak mocno dali się zmanipulować FB, ludzie po 40, po 50. Dostosowują swoje życie, swoje zwyczaje, kontakty ze znajomymi do zasad narzuconych przez FB - żenada... To tylko świadczy o braku wyobraźni, o bezmyślności. O młodych ludziach nie wspominam, bo to już zupełnie stracona sprawa.

A wracając do aktualnego tematu.
Nie komentuję ani wydarzenia, ani wpisów na blogach o tym, ani akcji ratowania.
Bo nie odczuwam wielkiej tragedii z tym związanej. Nie mamy dobrej, mądrze zaplanowanej polityki wydawniczej, planów daleko wybiegających w przyszłość, kształcenia i wychowywania czytelnika.
Mamy drapieżny kapitalizm, któremu jest wszystko jedno, czy wydaje książki, czy szyje majtki.

A wydawało się, że bezpowrotnie minęły czasy, gdy w latach międzywojennych pojawiały się książki z wydrukiem na tytułowej stronie: "Wydano nakładem własnym autora"

niedziela, 16 grudnia 2012

90 lat temu...

(...) - Prędzej, prędzej! bo się się spóźnimy!... - Aptekarz od rana popędzał Amelkę i panią Raczyńska, nie dał im ani ubrać się spokojnie, ani zjeść. Pani Raczyńska, z wypiekami na twarzy, biegała między oficynką, gdzie po ślubie Amelki ulokowani małe, a mieszkaniem aptekarzostwa na pierwszym piętrze. Jej chudoba była i tu i tam.
- Gdzie mój żabot?! Dopiero co byłam w oficynce i znów muszę wracać. Już nóg nie czuję!
   Amelka najspokojniej w świecie ubierała się w swej sypialni. Głęboko o czymś zamyślona. Ale gdy usłyszała zniecierpliwiony głos aptekarza-męża, ręce jej zadrżały i puder posypał się na czarną suknię.
   - Czyś już gotowa? Nareszcie!
   Na ulicy wszyscy troje obrzucili się uważnym spojrzeniem. Aptekarz w futrze z fokami, pani Raczyńska w czarnym płaszczu z kołnierzem skunksowym. Amelka w karakułach. Zdenerwowanie minęło i poczuli się jakoś dobrze. 
   - Czy pojedziemy?
   - Nie, przejdziemy się.
   Tramwaje nie szły. Na ulicy panował senny spokój. Amelka ostrożnie stawiała stopy w cienkich pantofelkach. Udała, że to przez zapomnienie nie wzięła kaloszy. - Ach, zapomniałam kaloszy. - Ale aptekarz za nic w świecie nie chciał zawracać, a pani Raczyńska gniewnie zacisnęła usta. Wiedziała dobrze, ze Amelka zrobiła to umyślnie, przez głupią elegancję. Chodnik zalegało błoto tak dalece, że aż chlupało pod nogami. Naturalnie, w takim dniu nikt nie myślał o sprzątaniu.
   - A jednak właśnie dziś powinni uprzątnąć! - rzekła głośno pani Raczyńska.
   Aptekarz ze względu na swoje przekonania polityczne nie wiedział, czy to lepiej, czy gorzej, że nie jest sprzątnięte; czy to źle, czy dobrze, że nie idą tramwaje? A więc przemilczał. pozostawała kwestia, dokąd się udać wobec opóźnienia? - Jak mama myśli, czy pod Belweder, czy na plac Zamkowy?
   Pani Raczyńska była zdania, że jeśli już mają "coś widzieć", to muszą iść w stronę Belwederu. Na placu Zamkowym kondukt ma tylko kilkanaście kroków do Zamku, skręci do bramy i już. Czy przez taką chwilę można będzie coś zobaczyć? (...)

   Na Rymarskiej natknęli się na delegację  Żydów w długich i uroczystych chałatach. Aptekarz zauważył ironicznie: - Bez nich tam się nie obejdzie!... Pani Raczyńska zwróciła uwagę na flagi opuszczone i zdobne w kokardy z krepy. W sklepach wystawiono portrety  zamordowanego prezydenta. Pani Raczyńska wpadła w podniosły nastrój i zaczęła szeptać "wieczny odpoczynek". Ale aptekarz, gniewny i podniecony, zwrócił na nią swe spojrzenie i wargi jej przestały się poruszać
   - Inaczej nie mogło się to skończyć! - rzekł posępnie.
   - Ale... dlaczego? - zapytała Amelka melodyjnie i bezmyślnie.
   Aptekarz przystanął i wybałuszył na nią swe blade oczy. Amelka zmieszała się. - Jak to  dlaczego? Tyle razy ci tłumaczyłem, a ty znów nic nie wiesz?! Wybrano go wbrew woli narodu, znieważono naród, ponieważ wybrali go Żydzi, komuniści i socjaliści... - Amelka przypomniała sobie gazety czytywane głośno przez aptekarza, słowo w słowo to samo. Chodząca gazeta. Skinęła głową, a aptekarz ruszył naprzód, rozgoryczony. Po raz pierwszy powziął podejrzenie co do wlepionego weń spojrzenia żony przez wszystkie te wieczory, gdy odczytywał głośno gazetę, a ona siedziała naprzeciw, zajęta szyciem sukienek barchanowych dla biednych dzieci parafii i słuchała z natężoną uwagą. A jeśli otworzyła usta, to tylko po to, aby wydać okrzyk zgrozy, przestrachu, oburzenia, co świadczyło, jak żywy brała udział w śledzeniu wypadków politycznych. A teraz najspokojniej w świecie zadaje takie pytanie! (...)

   Amelka, idąc za mężem, z roztargnieniem wodziła oczyma po plakatach rozlepionych gęsto na murach. - Obywatele, Polacy! Bracia Chłopi! Ludu pracujący! Towarzysze! Narodzie! Synowie i córki nasze! - Nic nie rozumiała, to prawda, to jej się w głowie pomieścić nie mogło; zdawało się teraz, że cały naród żałuje, a przecież znaleźli się tacy, co zabili prezydenta. Aptekarz, jej mąż, usprawiedliwiał to zabójstwo, to jedno tylko zrozumiała z jego mętnych wywodów, a teraz idzie na pogrzeb. Dlaczego?
   Czego  chcą socjaliści, kto to są narodowcy? (...)

   Ukazało się duchowieństwo, długi szereg habitów zakonnych, z zapalonymi światłami. Trumna nadpłynęła z wysoka, okryta sztandarem. Głuchy łomot kopyt końskich padał nieodwołalnymi uderzeniami. Amelka ujrzała tuż za trumną młodzieńca; wzrok jego sunął po tłumie zalegającym chodnik. Syn - To syn - szeptano. Zdawało się Amelce, że przez moment wzrok ten dotknął jej twarzy pytającym spojrzeniem, i zadrżała. Wzniosły się westchnienia. Wśród żałobnego tłumu zabielały wyciągane pospiesznie chustki.(...)

I pomyśleć, że można oddać życie za coś podobnego, za ten tłum wokół, rządzony najsprzeczniejszymi uczuciami, otępiały i nieświadomy!... (...)

Pola Gojawiczyńska "Rajska jabłoń" 1937, fragmenty rozdziału III 



Gabriel Narutowicz — pierwszy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej
   

sobota, 15 grudnia 2012

"Restauracje w II Rzeczpospolitej"

Przenosząc się myślami do lat dwudziestolecia międzywojennego, w zależności od własnego nastroju i humoru, postrzegam różnie tamten czas. Tak jakoś samo się wszystko dopasowuje w danej chwili - odpowiednia książka, temat, film, czy piosenka... Obraz bywa beztroski, wesoły i kolorowy jak w lekkiej komedii z tak dobrze znanymi piosenkami... bywa też ponury, smutny, beznadziejny, tragiczny w czarnych barwach...
Czasem wtrąca się przypadek i podsuwa w bibliotece odpowiednią do nastroju lekturę...

Niedawno przypadek podsunął tę książkę


To wydanie dużego formatu - w sensie dosłownym, więc jestem bardziej skłonna zaliczyć go do "wydawnictw albumowych". Chociaż treść także posiada i to nawet sporo - zamieszczoną w rozdziałach:

Szczypta historii, Restauracje tradycyjne, Lokale hotelowe, Restauracje na morzu, Kawiarnie
Handelki, bufety, bary
Knajpy, mordownie, meliny
Restauracje i kawiarnie lwowskie.

W poszczególne rozdziały wplecione są różnorodne ciekawostki -  jednak tego rodzaju książkę chce się przede wszystkim oglądać i tutaj czytelnik rzeczywiście znajdzie ciekawe fotografie ilustrujące tamten czas.
Same fotografie mówią nam bardzo dużo, jeśli tylko odpowiednio je obejrzymy. Dla mnie właśnie one są najważniejszym elementem tej książki. Żaden słowny opis nie odda prawdziwego - "właśnie tamtego" wyglądu sali, dekoracji stołu, urządzenia baru, pokazu mody, zabawy na dancingu, czy nawet takiego drobiazgu jak rachunek z restauracji.
Nie wypowiadam się o stylu, w jakim książka została napisana, bo nie zachwycił mnie.
Mówiąc krótko - miałam wrażenie, że czytam szkolną pracę "na temat".

"Restauracje w II Rzeczpospolitej" tekst Łukasz Fiedoruk, Wydawnictwo Dragon, Bielsko-Biała 2011

wpis dodaję do wyzwania "Lata dwudzieste, lata trzydzieste"

piątek, 14 grudnia 2012

Modne lata trzydzieste

"Lata dwudzieste, lata trzydzieste.. kiedyś dla wzruszeń będą pretekstem" - to słowa filmowej piosenki, którą przed laty śpiewał młody Tomasz Stockinger.
Od pewnego czasu obserwujemy prawdziwą eksplozję zainteresowania okresem naszego dwudziestolecia międzywojennego. Na rynku wydawniczym pojawiają się książki  i wydawnictwa przybliżające czytelnikowi tamten świat, bezpowrotnie zniszczony II wojną światową i jej skutkami politycznymi.
To w pewnym stopniu "odreagowanie" na lata milczenia i odrzucenia tej tematyki na margines w latach powojennych. O sanacyjnej Polsce nie mówiono bez potrzeby, a jeśli już -  to najczęściej źle -  w kontekście błędów i wypaczeń politycznych oraz wyzysku człowieka przez człowieka. Wykluczenie dotyczyło także literatury, tak jak chociażby w przypadku objęcia cenzurą prawie wszystkich powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza.

Teraz, przez uchylony lufcik, wpadają także lżejsze tematy - takie jak życie towarzyskie, wypoczynek, elity, ziemiaństwo itd.  W tym zachwycie, który wywołuje w nas dawnych wspomnień czar, nie powinnyśmy jednak zapomnieć o ciemnej stronie ówczesnego życia - o takich zjawiskach jak podział klasowy,  bezrobocie, analfabetyzm, bieda i głód. I nie są to zjawiska porównywalne do obecnych - ich wymiar był o wiele większy, bardziej tragiczny i bezlitosny. Mocno zapadło mi pamięci ogłoszenie, które znalazłam w przedwojennej gazecie, dane przez osobę z wykształceniem średnim (co było wtedy o wiele więcej warte niż dziś):  "Przyjmę jakąkolwiek pracę"

Jakie jest moje zainteresowanie tamtymi czasami?
To dziś może wydawać się dziwne, ale ja je znam z życia codziennego w domu moich dziadków, dla których początek lat trzydziestych był początkiem ich małżeństwa (pobrali się 1 931 roku)... to były lata ich wspólnej młodości. Ten przedmiotowy początek wspólnego gospodarstwa przetrwał wojnę i był wyposażeniem ich mieszkania do końca życia. Dom dziadków to była enklawa, prawdziwa wyspa inności...
Meble, w charakterystycznym dla tych lat stylu, takie jak na tej wystawie w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi (ekspozycja jest za szybą, stąd na zdjęciach pionowe kreski)



Komplet do sypialni miał w swoim składzie również toaletkę z dwuskrzydłowym lustrem wraz ze specjalnym niskim wyściełanym taborecikiem. Uwielbiałam na nim przesiadywać, wąchać perfumy we flakoniku z gruszką okrytą ozdobnymi frędzelkami, przeglądać się w lustrze ze wszystkich stron.
Większość wyposażenia mieszkania - meble, fortepian, sprzęty codziennego użytku i przeróżne "zbędne" bibeloty, wyposażenie kuchni itd - to właśnie przedwojenne nabytki. A oprócz nich mnóstwo książek, gazety, płyty  (był i patefon na korbkę), nuty. W zbiorze nut były także jedno-, dwustronicowe wydawnictwa modnych piosenek, tzw. "szlagierów" (najczęściej piosenek filmowych).
Jeśli do tego dodam ciągłe wspominanie  i opowiadanie o tamtych czasach, przy okazji i bez okazji - szczególnie babcia nigdy nie zaakceptowała nowych porządków w państwie, słuchanie płyt (między innymi z piosenkami w wykonaniu lwowskiego duetu Szczepcia i Tońcia), regularne oglądanie każdego programu  telewizyjnego "W starym kinie"...
a w tym wszystkim ja - od dziecka przebywająca w tej atmosferze...
Chyba nie mogło być inaczej, że tamte minione lata są  bliskie memu sercu...

Pozostały mi zdjęcia w rodzinnych albumach i trochę pamiątek z dawnego domu dziadków... a samego domu też już nie ma... rozebrany...

Te kilka słów osobistej refleksji wywołał temat wyzwania na blogu Doroty (Elviski) - tu zaproszenie, do którego postanowiłam dołączyć. W kolejce na wpis czekają książki z moich zbiorów, czytane nie jeden raz.
Jednak w następnym poście znajdzie się książka-album wypożyczona z biblioteki.

czwartek, 13 grudnia 2012

Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy



"Powieść Najdłuższa wojna powstała na podstawie mojej wersji scenariusza filmu Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy. (...) Temat wydał mi się frapujący - sto przeszło lat historii Wielkopolski pod pruskim zaborem, sto lat walki o świadomość narodową (...)


Zacytowałam fragment posłowia od autora, bo jest najlepszym wyjaśnieniem charakteru książki i jej poziomu literackiego.W moim odbiorze to nie jest powieść wysokich lotów - mimo literackiego przetworzenia scenariusza w tekst fabularny, pozostał on nadal materiałem surowym i niewykorzystanym w pełni. Scenariuszem, jak byśmy dziś powiedzieli, po lekkim liftingu. Dodatkowo jest to wyraźnie twór swoich czasów  (serial  wyprodukowany przez Telewizję Polską w latach 1979-1981).  Tekst chwilami tendencyjny - taki trochę socjalistyczny produkcyjniak.
Język też chropawy, bardziej przypominający dziennikarski szybki zapis, niż klasyczną powieść.

W mojej ocenie autor nie sprostał zadaniu. Widać to już w trakcie lektury - nie stworzył prawdziwej powieści, chociaż materiał miał bardzo dobry. I chyba zbyt obszerny dla jego możliwości warsztatowych... aż się prosiło rozszerzenie, napisanie nie jednego, ale nawet kilka tomów powieści. Upchnięcie w jednym tomie stu lat historii Polski, bogatych w tak ważne wydarzenia, to jednak nieporozumienie. Dla mnie to stworzenie jakiegoś koncentratu powieściowego...

Dlaczego więc piszę o tej książce, skoro mam do niej takie zastrzeżenia?

Główną zaletą tej pozycji książkowej jest dla mnie samo podjęcie tematu, przybliżenie czytelnikowi tego fragmentu historii Polski. Dla takiego odbiorcy jak ja - osoby z innej dzielnicy Polski (nie mającej żadnej rodziny, ani znajomych w poznańskim), to kolejne źródło wiedzy. Tym łatwiej przyswajalne, że podane w formie opowieści o ludziach. O ludziach sławnych - prawdziwych postaciach historycznych - Dezydery Chłapowski, Hipolit Cegielski, Emilia Sczaniecka, Ignacy Paderewski, Wojciech Korfanty, hr. Raczyński, Otto von Bismarck, Róża Luksemburg.
I o ludziach zwykłych, którzy niczym szczególnym nie zapisali się na kartach historii.

W tym zestawieniu serial - książka,  w mojej ocenie bez dyskusji wygrywa film.
To zasługa doskonałej obsady, z najlepszymi naszymi aktorami w tamtym czasie. Niektórych już nie ma wśród nas, możemy jeszcze oglądać ich na ekranie.
Na tej stronie  można znaleźć informacje o serialu i jego obsadzie aktorskiej.

Książkę rozpoczyna rok 1815, gdy  następuje przejęcie Poznania przez władze pruskie, a do zaniedbanego majątku ziemskiego wraca pułkownik Cesarza - Dezydery Chłapowski. Tu też pojawia się pierwszy Frankowski, Józef , którego potomkowie są bohaterami wydarzeń aż do ostatnich kart książki.

Autor zastosował podział treści na rozdziały poprzedzone wstępem historycznym.
Interesujący nas rok 1918 pojawia się w ostatnim, XI rozdziale książki - "Wydarzenia, zapiski, raporty".

Potomek byłego szwoleżera, Jan Frankowski, wraca do Poznania 1 listopada 1918 roku.
Wybuch wojny zastał go w Krakowie, później był w legionach, teraz  wraca do siostry (jedynej z najbliższej rodziny). Nawiązuje kontakty, szuka starych znajomych -  szybko dowiadujemy się, że jest po prostu agentem wywiadu.
W treść wydarzeń wplecione są cytaty z ówczesnych gazet, z tajnych raportów, z meldunków wywiadowczych, z prywatnych listów m.in. do Piłsudskiego, tekstu Odezwy Rady Robotników i Żołnierzy w Poznaniu itd.
To czas gromadzenia broni i wiadomości, ale także niepewności, chaosu i podziału politycznego między poszczególnymi grupami, a właściwie braku kontaktów i współpracy.
W rozmowach bohaterów przewijają się wątki działalności konspiracyjnej Polaków, skautingu i Polskiej Organizacji Wojskowej, sytuacji w Niemczech, zagrożeniach ze strony Grenzschutzu, postaw roszczeniowych Niemiec (mimo przegranej wojny), no i stosunku państw Ententy do problemu polskiego - drobnego, ale dokuczliwego kłopotu. Zawsze byliśmy dla "wielkich" mało ważni - do dziś przez lata niewiele się nie zmieniło.

Coraz częściej w tamtych gorących dniach mówi się o tym, że nie ma co liczyć na pomoc Warszawy, że trzeba samemu wywalczyć niepodległość. Wydarzenia toczą się szybko, każdy dzień przynosi zmiany i nowe, często sprzeczne wiadomości. Wbrew urzędowemu zakazowi Niemców do Poznania przyjeżdża  Paderewski...
Mimo rozdźwięków wśród Polaków i braku jednolitej organizacji militarnej, dochodzi do Powstania, które zakończy się zwycięstwem.


"Powstania były dotąd dla Polaków synonimem klęsk, powodowały represje i wzmagały akcje antypolskie i antyniepodległościowe. Tymczasem Powstanie Wielkopolskie było zwycięskie i nie miejsce tu na dywagacje, jakie czynniki się na to złożyły. Wielkopolanom sukces ten nie przyszedł łatwo. Jednak zwycięstwo jest zwycięstwem i nikt już tego faktu nie wymaże z historii. Być może ktoś uzna, że niepodległość została nam darowana. Ale przecież niepodległość nie może być przedmiotem darowizny. (...)

10 stycznia 1920 roku wszedł w życie Traktat Wersalski i rozpoczęto przejmowanie ziem przyznanych Polsce.
Ósmego marca generał Dowbór-Muśnicki wydał rozkaz o likwidacji frontu wielkopolskiego".
                                                                                                     "Najdłuższa wojna" roz. XI


Andrzej Twerdochlib "Najdłuższa wojna", Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1988

sobota, 1 grudnia 2012

Rosyjskie klimaty

Gdy usłyszałam o kolejnej nowej filmowej wersji tragicznej historii Anny Kareniny, pierwszą moją  myślą było: "to znowu będzie nie TO". Celowo używam słowa "wersja" , nie "ekranizacja powieści".
W moim odczuciu tylko Rosjanie powinni przenosić swoją literaturę na ekran, podobnie jak my naszą - pierwszy przykład to amerykańskie "Quo vadis". 
Żadna z wielkich produkcji realizowana poza Rosją i przez ludzi nie będących Rosjanami, przy największym nawet nakładzie sił i środków, przy dbałości o szczegóły i tak nie odda prawdziwego klimatu tych powieści.

Takie mam zawsze odczucia widząc Omara Sharifa jako doktora Żywago - nie, jednak Egipcjanin w roli Rosjanina to jak dla mnie zbyt dalekie powiązania (pomimo uznania i nagród dla aktora).

Oglądając taką amerykańską "Wojnę i pokój", nawet z moją ulubioną aktorką na ekranie,


nie znajduję tam rosyjskiego ducha - ogólnie mówiąc tego wszystkiego, co potrafi odczuć i odnaleźć w literaturze rosyjskiej czytelnik bliższy geograficznie i kulturowo. Taki właśnie sąsiad "zza miedzy", jak my w Polsce.
Nie biorę pod uwagę politycznych zaszłości między nami, bo to uniemożliwiałoby jakiekolwiek porozumienie.

Takie realizacje zawsze będą jakąś wersją, czyjąś interpretacją tematu i najlepiej w ten sposób je odbierać.
Nie liczyć na filmową odsłonę powieści, ale spodziewać się filmowej ilustracji w obrazkach.

Przedwojenna "Anna Karenina" z Gretą Garbo



czy najnowsza z Keirą Knightley, to po prostu historie miłosne.



I raczej nie należy analizować i porównywać filmów z pierwowzorem powieściowym... to tylko powoduje zdziwienie, niezadowolenie, zaskoczenie, rozczarowanie  widzo-czytelnika...

czwartek, 29 listopada 2012

Listopadowo beznadziejnie

Byle jaki ten listopad, głównie pod względem suszy. Nie akceptuję takiej pogody, zbyt przyzwyczajona jestem do naszych prawdziwych polskich pór roku.
Przypominają mi się inne jesienne dni, gdy w kręgu lampy nad moim stoliczkiem do odrabiania lekcji wytwarzał się  mój mikrokosmos - ciepły świat bezpieczeństwa. Za oknem siekł lodowaty deszcz, wiatr targał gałęziami drzew, a na dach spadały dziesiątki orzechów turlających się radośnie. Wielki orzech włoski rósł tuż przy naszym domu i to jego gałęzie tak szurały niesamowicie nad moją głową. Siedziałam i czytałam oczywiście kolejne książki, zamiast odrabiać lekcje. Nie zapalałam górnego światła, polubiłam ten krąg lampy, a dodatkowo mrugała na zielono szybka cicho mruczącego radia. Czasami pod nogami układał mi się żywy dywanik w postaci naszego pieska kundelka...

Teraz mija listopad bezdeszczowy (nowe kaloszki w gustowną kratkę stoją bezużytecznie w przedpokoju), ale ja za to tradycyjnie załapałam się na kolejną infekcję górnych dróg oddechowych - tak zawsze lekarze określali moje choróbska, unikając jak ognia słowa "grypa".  Pewnie i tym razem nie mam grypy... nie wiem co mam, bo nie chce mi się wlec do przychodni w celu zbadania przez fachowca. No, ale może się jednak okazać, że "nie chcem, ale muszem", jak domowe środki nie zadziałają.
A na moich blogach cisza, bo myśli wystarcza tylko na czytanie co u innych nowego i ewentualnie kilka słów komentarza (w przerwach na kaszel).
I chyba wszystkiemu winna komunikacja miejska, a dokładniej pewna osoba kaszląca niekulturalnie na innych... a nie było gdzie uciec...

*****************************************************

"Przy kolacji kichała na całą kuchnię. Mąż był zasłonięty gazetą i czytał jakieś dłuższe i wyczerpujące przemówienie, ale ja znalazłam się pod bezpośrednim ostrzałem.
- Kichaj w chusteczkę - powiedziałam.
- Kiedy nie mam chusteczki - powiedziała Anula przez nos.
- Ty masz katar - zaniepokoiłam się.
- Od rana.
- No to aspiryna, herbata z sokiem malinowym i marsz do łóżka - zarządziłam energicznie.
- A jutro?
- Jak to jutro?
- Czy mogę nie iść do szkoły?
Zamilkłam. Od rana miałam siedzieć twardo za biurkiem i pracować.
   Mąż wychynął zza gazety. Był wyraźnie wyczerpany tym przemówieniem.
- Głowa mnie boli - jęknął.
   Przeraziłam się.
- I mdli mnie. Pewnie trychinoza - powiedział ponuro.
- Dlaczego trychinoza? krzyknęłam.
- Bo to są objawy. Weź Encyklopedię Zdrowia, to zobaczysz. Zresztą może grypa, czy ja wiem. Te same objawy.
- Jak ciocia będzie patrzyła w encyklopedii - powiedziała Anula słabym głosem - to niech ciocia od razu zobaczy, czy to, co ja mam, to katar.
Kichnęła siarczyście na męża.
- Zlituj się - krzyknął i podał jej swoją chusteczkę.
- Rozsiewasz kropelkowe zakażenie.
   Pobiegłam po encyklopedię. Z trychinozy na szczęście nici, bo mężowi brakowało wielu bardzo ważnych objawów. Natomiast kataru w ogóle nie było.
- No tak - oburzyła się Anula. - U nas to tak ze wszystkim. W podręczniku fizyki też nie ma różnych rzeczy, a potem z tego pytają".
 Ale ja na pewno mam katar, bo kicham.
Kichnęła.
- Idź do łóżka - powiedział mąż. - Zmierzysz temperaturę. Potem ja zmierzę. Zobaczymy.
- Razem chorować nie możecie! - krzyknęłam.
- A ona pewnie ma nieżyt nosa. Objawy te same, co przy katarze.
  Anula miała trzydzieści siedem i dwa. Mąż trzydzieści sześc i sześć. Był bardzo niezadowolony. Dałam mu dwa proszki z krzyżykiem i położył się na tapczanie z Encyklopedią Zdrowia.
  Anula położyła się do łóżka bardzo zasmarkana i bardzo zadowolona. Nawet bez gadania umyła zęby, bo potem całe lustro w łazience było zachlapane pastą do zębów "Odol".
  Rano mąż jeszcze miał ból głowy, ale poszedł do pracy bez większego oporu, mrucząc tylko pod nosem, że pewnie ma chorobę Banga , bo o niej przeczytał  i właśnie ma objawy.
- Objawy to jeszcze nie choroba - powiedziałam krótko."
                                         Maria Zientarowa "Wojna domowa", fragment rozdz. "Nieżyty", 1964 r.

*********************

To mi przypomina "Trzech panów w łódce, nie licząc psa." Tam jeden z panów, miał wszystkie choroby z encyklopedii, za wyjątkiem puchliny kolan, na którą chorują panny służące (od ciągłego klęczenia przy myciu podłóg).
*Choroba Banga - to jedna z kilku nazw Brucelozy, przewlekłej i zakaźnej choroby zwierząt domowych i dzikich.
U człowieka znana jest jako gorączka maltańska, falująca, kozia, skalna, gibraltarska. - brrr!!!

wtorek, 27 listopada 2012

Było... minęło... (10) - Dedykacja podnosi wartość książki?

Mam na swoich półkach trochę książek z wpisanymi dedykacjami. Nie są to autografy lub wpisy  autorów, ale dedykacje dla mnie od osób obdarowujących mnie daną książką.
Do tej części mojego księgozbioru należy książka dla młodzieży  G.Trease "Z Garibaldim na Sycylii".
Czytając dedykację - od mojej ówczesnej koleżanki szkolnej, z którą łączy mnie nieprzerwana przyjaźń  do dziś, zastanawiam się na intencjami podarowania jej. Data nie jest szczególna - żadne urodziny, imieniny, Mikołajki, Dzień Dziecka, czy koniec roku szkolnego. Po prostu przypadkowa data majowa...
Wyjaśnienie daje sam wpis  - po prostu "na pamiątkę".


"Z Garibaldim na Sycylii" to lekka powieść, z gatunku historyczno-awanturniczej, przeznaczona dla starszych dzieci. Polskie wydanie dodatkowo wzbogacone jest charakterystycznymi ilustracjami Antoniego Uniechowskiego.
Teraz, gdy przejrzałam książkę po latach, dostrzegam w jej treści lekceważące angielskie wywyższanie się ponad inne nacje. Oczywiście czytając powieść jako dziecko nie mogłam tego zauważyć, po prostu wciągnęła mnie wartka akcja i ciekawość zakończenia.

Młody początkujący angielski dziennikarz, Mark Apperley, proponuje redaktorowi  londyńskiej gazety swój udział w kolejnej rewolucji na Sycylii w roli korespondenta wojennego. Brał już udział we wcześniejszych wydarzeniach (w 1849 roku) jako mały chłopak, zna język włoski, a co najważniejsze zna osobiście samego Garibaldiego. Niestety, żadne argumenty nie trafiają do O`Malleya i Mark musi się poddać. Co gorsza. rozmowa kończy się bardzo niemiło, a mianowicie wyrzuceniem młodego dziennikarza z pracy. Spotyka jednak znajomego artystę-malarza dorabiającego  w dziennikarstwie"dla chleba" jako rysownik. W rezultacie tego spotkania, obaj wyjeżdżają do Włoch...

Jak na przygodową powieść przystało mamy tu różne niebezpieczne "awantury" (jak mawia MacWhirter) i oczywiście wątek miłosny na tle historycznych wydarzeń. Autor umieścił akcję powieści w czasie tzw. "wyprawy tysiąca" w 1860 roku i niewątpliwie jest to przyjemna w lekturze dawka pewnej wiedzy historycznej, do której być może sama nie dotarłabym. Aż tak bardzo nie interesowałam się historią Włoch, chociaż o Garibaldim raczej każdy uczeń w szkole chociażby słyszał.


Autor - Geoffrey Trease (1909-1998) to pisarz angielski, także twórca spektakli radiowych i telewizyjnych. Napisał 113 książek (na język polski zostały przetłumaczone tylko 3), a znany jest najbardziej właśnie z powieści historycznych dla dzieci.

G.Trease "Z Garibaldim na Sycylii", tłum. Marian L.Pisarek, "Nasza Księgarnia", Warszawa 1967 
wpis do Klasyki młodego czytelnika

poniedziałek, 19 listopada 2012

Post elżbietański


Elżbieta, Ela, Elżunia, Elka, Elunia, Elżusia, Elbietka ... i jeszcze wiele innych wersji i zdrobnień  w innych językach. Według kalendarza, dziś jeden z kilku w roku dzień  imieninowy  Elżbiety.
Nie za bardzo lubiłam swoje imię, zwłaszcza w czasach szkolnych, bo było wtedy bardzo popularne.
Było nas, tych Elek, zatrzęsienie.
Teraz już nie zwracam na to uwagi -  podobnie jak na wszelkie interpretacje tego imienia, które w większości zupełnie do mnie nie pasują. Czytam w takich charakterologicznych tekstach, jaka to powinnam być i nijak tego w sobie nie odnajduję. Dlatego nawet nie będę cytować jakie samo imię ma znaczenie (od strony językowej).
O sławnych Elżbietach, dawniej i w czasach współczesnych, można dużo pisać - materiału nie zabraknie.

I tak przy okazji dzisiejszego dnia wyciągnęłam z drugiego rzędu półki zakurzoną nieco książkę o wielkiej królowej.

Nie oceniam wartości tej książki od strony naukowej, historycznej, merytorycznej, bo autor nie podejmuje nowego tematu, nie zaskakuje odkrywczymi faktami. Tak mi się przynajmniej wydaje, a mój zakres wiedzy nie upoważnia mnie do takiej szczegółowej analizy. O angielskiej królowej napisano już tak wiele, że trudno byłoby zwykłemu czytelnikowi podejmować się takiego zadania.

Po prostu książka do przeczytania - dość obszernie opisująca nie tylko życie samej królowej, ale także pokazująca tło wielu wydarzeń, ich przyczyny i skutki.
Zastanawiałam się nad klasyfikacją tej książki - czyta się ją  trochę jak powieść (chociaż brak dialogów), trochę jak reportaż historyczny. Napisana jest dość lekkim językiem i lektura nie męczy nudziarstwem faktów, dat i nazwisk.
Jak dla mnie jedyny poważny minus to zbyt gęsty i drobny druk, to przeszkadza w czytaniu. I problem większości książek wydanych w początku lat 80-tych - kartki klejone, wiec oczywiście już się rozsypały.

Stanisław Grzybowski "Elżbieta Wielka" Ossolineum , Wrocław 1984, Wydanie I

A dla wszystkich dzisiejszych solenizantek w dedykacji piosenka, której mogę słuchać bez końca...
śpiewana oczywiście przez Elżbietę... "Trwaj, chwilo, trwaj".


piątek, 16 listopada 2012

Było... minęło... (9) - W najdalszych mrokach...

Są takie książki, które niezwykle silnie oddziałują na młodego czytelnika, pozostawiając ślad na całe życie.
Gdybym miała stworzyć taką własną listę lektur dzieciństwa, to na pierwszym miejscu wpisałabym bez wahania "Gród na jeziorem" Zofii Kossak (Szczuckiej-Szatkowskiej).

Przeczytałam tę powieść jeszcze w czasach szkoły podstawowej i było to naprawdę wielkie przeżycie. Pisarka stworzyła tak sugestywnie dawny świat sprzed wieków, że postaci i wydarzenia wydały mi się żywe i realne. To był mój pierwszy kontakt z fabułą osadzoną w tak odległym czasie, więc tym bardziej ta literacka wizja trafiła na podatny grunt.
Dziś, po latach wracam co jakiś czas do tej lektury, patrząc na nią również pod kątem aktualnego poziomu wiedzy historycznej o prasłowiańszczyźnie.
I co zaskakujące - pisarka zbudowała obraz życia osady niezwykle prawdopodobny. Obecnie wiemy, że mieszkańcy biskupińskiej osady nie byli naszymi prasłowiańskimi przodkami, ale też autorka nie używa tej nazwy grodu.

Można uznać, że  inspiracją do powstania utworu (w 1938 roku) było niezwykłe odkrycia w Biskupinie - wykopaliska i prace archeologiczne trwające od 1933 roku. Zbieżność dat nie jest chyba przypadkowa.

Ta opowieść powstała 74 lata temu, ale w dzisiejszym odbiorze nie znajdziemy anachronizmów  językowych, różnic między współczesną polszczyzną, a tamtą z lat 30-tych XX wieku. Pisarka stosuje terminy i określenia kultury materialnej i duchowej dotyczących opisywanych czasów, ale sama narracja jest przykładem znakomitego uniwersalnego i ponadczasowego języka literackiego.

Dla mnie historia grodu i jego mieszkańców jest świetnym, gotowym materiałem na scenariusz filmowy.

Poznajemy gród nad jeziorem początkowo oczami 6-letniego chłopca, który pilnując przed ptactwem wysychającego na dachach prosa, wypełnia sobie czas obserwacjami  osady i jej okolicy, przywołując z pamięci szczególnie ważne wydarzenia. W ten sposób wprowadza nas w codzienne życie mieszkańców, a także w ich wierzenia i zwyczaje. 
Następnie widzimy i poznajemy inne domostwa i rody. Jedni z sąsiadów to ród Kruków - doskonałych łowców, którzy i niedźwiedzia potrafili upolować. Pojawia się Olsza, siostra Marzy garncarki - młoda dziewczyna zbierająca zioła w lesie, często zaczepiana i przezywana wieszczycą. Zostanie wkrótce wybrana przez Miłosza z Kruków, przyrzeczona  na żonę.
Gdy przybywają do grodu kupcy z dalekich krain, osada ożywia się - to przecież wydarzenie raz na kilka lat i jedyny kontakt z dalekim światem zewnętrznym. Bardziej atrakcyjne dla nowości, niż jako forma zaopatrzenia - gród jest samowystarczalny całkowicie.
Ale prawie w tym samym czasie pojawia się zagrożenie  - Obcy, których w lesie pierwsza dostrzega właśnie Olsza.

Spotykają ich także odjeżdżający z grodu kupcy,  na szczęści dla nich wojowie mają inne zadanie i nie atakują.
Cóż, kiedy nikt Olszy  nie wierzy, bo to przecież dziewczyna o rozumie i odpowiedzialności  równym bydlęciu. Życie toczy się dalej, czas mija w spokoju.

Choć Miłosz próbuje później na własną rękę wytropić obcych i dociera do ich obozowiska, dostaje się w niewolę, z której ratuje go wybrana dziewczyna. To zresztą też jest źle widziane, taka samowola dziewczyny, mimo że uratowała życie swojemu miłemu.
 Nikt inny nie pomyślał, aby mu pójść z pomocą. Opowiada co widział, namawia do działania w obronie osady. Nic jednak nie przekonuje Rady do podjęcia kroków uprzedzających atak, a postawa wróżów utwierdza starszych w ich decyzjach.

Przychodzi  zima, a wraz z nią pierwszy atak obcych wojów na gród. Atak zostaje odparty, ale najgorsze jeszcze przed mieszkańcami: głód, walka na śmierć i życie, pierwsze w dziejach osady Oblężenie...

Ta opowieść, osadzona w tak odległym czasie, jest obok literackiej formy podania wiedzy, także literacką hipotezą  dotyczącą natury ludzkiej. Cech charakteru, postaw, zachowań, sposobu  odczuwania i myślenia ludzi żyjących przed wiekami.
Dobrotliwy ojciec rodziny kupujący żonie i córkom ozdoby i świecidełka, skąpy i nieczuły inny ojciec zamieniający gospodarską córkę w niewolnicę za bogato zdobiony pas, kłótliwa przyszła świekra nie akceptująca ubogiej synowej, starcy przywiązani do tradycji, wróżowie manipulujący społecznością, myślące młode pokolenie w osobach Miłosza i Olszy...

Rozmowa kupców (dwaj Grecy i Fenicjanin) w trakcie podróży, przybliża tło zewnętrzne fabuły - wspomniane są Ateny, Egipt. rzeka Nil, Babilon, Jerozolima, Rzym...

Czytałam "Gród na jeziorem" wiele razy, ale chyba będę do tej lektury powracać.


wpis do Klasyki młodego czytelnika

czwartek, 15 listopada 2012

I Kopernik była kobietą ... wiadomo!

Coraz bardziej wkurzają mnie krzykliwe akcje niektórych osobników, którzy z ogromną satysfakcją ujawniają skrzętnie wytropione sensacyjki o rzekomych lub prawdziwych orientacjach seksualnych naszych dawno nie żyjących pisarek, poetek, pisarzy, kompozytorów i wszelkich innych twórców.
Po etapie wskazywania paluchem panów mających "złe skłonności", przyszedł czas na panie. Nie darowano Rodziewiczównie jej skłonności do męskich ubrań i fryzur, teraz trzeba obrzucić błotem Konopnicką.
Tylko w jakim celu?
Nie mam zamiaru wdawać się w żadne chore dyskusje, typu "prawda, nieprawda, skąd wiemy, co na to wskazuje". Takie próby nie mają najmniejszego sensu, bo jeśli ktoś tym sobie zajmuje głowę, to i tak żadnych argumentów nie wysłucha, ani nie przyjmie.
To, że Rodziewiczówna w każdej swojej powieści pisała o miłości kobiety i mężczyzny, to wiadomo - perfidny kamuflaż. A wszystkie dziewczynki (młodsze i starsze) nie przyjaźniły się  z egzaltacją "na śmierć i życie" z innymi dziewczynkami, nie "kolegowały się" w ramach tej samej płci okazując swe koleżeńskie związki obejmowaniem, przytulaniem, całowaniem i pisaniem tysiącznych karteczek  i liścików - nie... to tylko dowód na lesbijskie skłonności.

Nic mnie to nie obchodzi, kim była autorka, kim był autor prywatnie (wady charakteru, skłonności, choroby, nawyki, nałogi), bo odbieram utwór nie przez pryzmat jego twórcy.
A skoro to teraz okazuje się takie ważne, że aż musi być tematem serwisów informacyjnych, obok przylotu dużego samolocika, to proponuję zastosować selekcję naturalną i odrzucić prawie cały dorobek kulturowy ludzkości.
Wiadomo, nie było i nie ma normalnych artystów - moja pani!... przecież to takie patologiczne środowisko.
Jak nie pijak, to narkoman, albo lesbijka, albo cudzołożnik, rozwódka co mężów porządnym kobietom odbiera, ku...stwo dla kariery, bo żadna z niej aktorka i tak dalej i tak dalej.
Ale na szczęście mam pilota i przycisk w komputerze...

wtorek, 13 listopada 2012

Wychowanie patriotyczne

Święto Niepodległości obchodzono  w dwudziestoleciu międzywojennym tylko dwa razy - w 1937 i w 1938 roku. Bowiem dzień 11 listopada ustanowiono Świętem Niepodległości ustawą z 23 kwietnia 1937 roku. Teraz, od 1989 roku możemy znowu świętować ten dzień swobodnie i otwarcie.
Jak wyglądały niektóre formy tegorocznych obchodów mogliśmy zobaczyć w przekazach serwisów informacyjnych. I niech to będzie w tym momencie  moja jedyna wzmianka odnośnie współczesności.

Patriotyzm Polaków w latach międzywojennych to zupełnie inny rodzaj postaw, charakterów, zachowań niż dzisiejszy. Trudno je porównywać i oceniać w tak krótkim wpisie. Nawet nie podejmuję się tutaj takich prób. Sam temat został wywołany przedmiotem tego posta - świątecznym numerem pismem dla dzieci i młodzieży.


"Płomyk" był tygodnikiem, ukazującym się od 1918 roku jako samodzielne czasopismo (wcześniej, od 1915 jako dodatek do "Zorzy"). Założycielką pisma była Janina Porazińska, a współpracowali z nim zarówno Aleksander Kamiński, jak i Wanda Wasilewska.
W latach międzywojennych było to czasopismo jak na swoje czasy bardzo nowoczesne, dostarczające młodemu czytelnikowi wiedzy na różne tematy. Było prawdziwym oknem na świat, a dodatkowo cenną pomocą dla nauczycieli poprzez powiązanie z programem szkolnym.
Czytając dziś zamieszczone w poszczególnych numerach teksty, widzimy jak starannie i w przemyślany sposób były przygotowywane. Oczywiście, jak się chce, można tropić i doszukiwać się w każdym zdaniu i w każdym zdjęciu politycznego kontekstu i propagandy ustrojowej.


W numerach poświęconych szczególnym wydarzeniom znajdujemy wiele utworów, tekstów i  materiałów kształtujących postawy patriotyczne młodych Polaków.





Dodatkowo jeszcze uroczyste audycje radiowe, szczególnie interesująca jest ta przeznaczona dla dzieci polskich za granicą


a także pomocny instruktaż  w przygotowaniu dekoracji ściennej


A dziś?
Czy w ogóle jest możliwe wydawanie takiego czasopisma? Kto mógłby to robić,w jakiej formie wydawniczej? I pytanie naczelne - kto obecnie  napisałby wiersz o Ojczyźnie?... opowiadanie o tym, czym jest dzisiaj patriotyzm?


Zamieszczone tu zdjęcia (bez korekty i poprawek) zrobiłam z posiadanych w rodzinnych zbiorach egzemplarzy. Są trochę zniszczone, ale pamiętajmy. ile mają lat...

piątek, 2 listopada 2012

Dzień Zaduszny

" Nadszedł Dzień Zaduszny, szary, bezsłoneczny i martwy, że nawet wiatr nie przegarniał zeschłymi badylami ni chwiał drzewami, co stały ciężko pochylone nad ziemią...
   Bolesna, głucha cisza przygnietła świat.
   A w Lipcach już od rana dzwony biły wolno, a bezustannie - i żałosne, rozbolałe dźwięki pojękiwały po omglonych pustych polach; ponurym głosem żałoby wołały w ten dzień smętny, w ten dzień, co wstał blady, spowity w mgły aż do tych dal zapadłych, aż do tych bezkresów ziemi i nieba, siny, do niezgłębionej topieli podobny. (...)

   (...) Smutek przejmujący padł na wszystkie dusze; jakaś dziwnie bolesna cichość omotała serca - cichość rozpamiętywań żałośliwych i wspominek o tych, co już byli odeszli tam, pod te brzozy zwieszone, pod te czarne, pochylone krzyże...(...)

   (...) Cicho było, tą dziwnie posępną cichością zaduszek; tłumy szły drogą  w surowym milczeniu, ino tupot nóg się rozlegał głucho, ino te drzewa przydrożne chwiały się niespokojnie i cichy, a bolesny szum gałęzi drżał nad głowami, ino te grania i śpiewy proszalne dziadów łkały w powietrzu i opadały bez echa... (...)

   (...) a gdy już do cna pociemniało, Kuba powlókł się w głąb, na stary cmentarz.
   A tam na zapadniętych grobach cicho było, pusto i mroczno - tam leżeli zapomniani, o których i pamięć umarła dawno - jako i te dnie ich, i czasy, i wszystko; tam jeno ptaki jakieś krzyczały złowrogo i smutnie szeleściła gęstwa, a gdzieniegdzie sterczał krzyż spróchniały - tam leżały pokotem rody całe, wsie całe, pokolenia całe - tam się już nikt nie modlił, nie płakał, lampek nie palił... wiatr jeno huczał w gałęziach a rwał liście ostatnie i rzucał je w noc na zatracenie ostatnie... tam jeno głosy jakieś, co nie były głosami, cienie, co nie były cieniami, tłukły się o nagie drzewa kiej te ptaki oślepłe i jakby skamlały o zmiłowanie... "

                                                                                          Władysław St. Reymont "Chłopi"

wtorek, 23 października 2012

Książki nowości - nie przeczytam

Chyba zaczynam sobie tworzyć listę nowości książkowych, po które nie sięgnę i których nie przeczytam.
Powody są za każdym razem inne - a to nazwisko i osoba autora, a to temat, a innym razem zniechęcające opinie znalezione w sieci.
Ostatnio trafiam często na sławny już w sieci eksperyment, próbę odtworzenia warunków życia w PRL.
Widziałam w telewizji rozmowę z autorami, znalazłam na blogach recenzje ich książki: " Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem".
Nie wpisywałam  tam swoich komentarzy, bo nie da się w dwóch zdaniach zmieścić argumentów "za i przeciw" dotyczących nie książki, ale samego wydarzenia.
Znalazłam w recenzjach sprzeczne miejscami opinie, ale wystarczyły mi pewne streszczenia i opisy, żeby nie odczuwać zainteresowania całą sprawą.

Po pierwsze - "ile ludzi, tyle wizji PRL-u" (to słowa z jednego z blogów).  I to jest najważniejsze podsumowanie całej akcji. Każdy z nas, ludzi dorosłych w tamtych czasach, pamięta je inaczej. Dla każdego ważne były różne sprawy, inaczej odbieraliśmy te same wydarzenia i tę samą codzienność.
Tak jak z tymi przysłowiowymi świadkami wypadków samochodowych: "ten go najechał, nieprawda - tamten winien.. samochód  był szary, a nie bo był czerwony itd "
Jaką więc wersję przyjąć? czyje wspomnienia są zgodne z prawdą? Bo opieranie się na danych roczników statystycznych z tamtych czasów jest dla mnie najbardziej ryzykowną wersją - akurat  uważam je za mało wiarygodne.  

Po drugie - można obecnie  (w różnych celach) zabawiać  się w rekonstrukcje historyczne. To bardzo przyjemna forma poznawania historii. Ale inaczej jest, gdy wyobrażamy sobie  i na swój sposób odtwarzamy życie codzienne pierwszych Słowian w leśnym obozowisku odciętym od świata XXI wieku,  a inaczej  gdy próbujemy wtłoczyć wybrane fragmenty warunków i zachowań  sprzed 30 lat do współczesnej rzeczywistości. Szczególnie, gdy tamte czasy pamiętane są przez tak wielu ludzi.
W latach osiemdziesiątych byłam już od kilku lat mężatką, miałam małe dziecko (to były nasze dzieci stanu wojennego), więc doskonale pamiętam wszystkie problemy życia codziennego. I już w samych recenzjach widzę rozmijanie się z faktami.

I po trzecie, tak najbardziej prywatnie - nie podoba mi się samo podejście do tematu, czyli traktowanie rzeczywistości tamtych czasów jak egzotykę rezerwatu dla Indian, albo hodowli w ZOO. Takie beztroskie: "Zróbmy sobie zabawę i cofnijmy się w czasie .. hahaha"
A w jakim celu? czy najbardziej nie po to, żeby coś wyśmiać? udowodnić siermiężność i beznadzieję?

Tamten PRL istnieje nadal w wielu rodzinach i ich domach, nawet młodzi intelektualiści nie podejrzewają w jak wielu. I nie chodzi tu sposób myślenia, ani o relacje społeczne, ale o coś tak banalnego jak przedmioty.
Ja mogę powiedzieć, że mam swój mały PRL nadal i nieustannie.
Mieszkam w bloku (co prawda nie z wielkiej płyty, ale wcześniejszy). W mieszkaniu mam meble, które wtedy przenieśliśmy ze swoich rodzinnych domów  i kupiliśmy, czyli regał typu Kowalskiego i meblościankę "Nowa Łódź", fotele, wersalki, lustra, żyrandole i lampy, szafki i taborety w kuchni, wszelkie "skorupy" kuchenne itd.
Dlaczego je mamy? bo nie było nas stać na wymienianie tych wszystkich sprzętów na nowe tylko dlatego, że stały się niemodne. Niektóre są już teraz naszymi  pamiątkami, chociaż nadal działają, tak jak magnetofon szpulowy, radio- stereo z adapterem (mamy trochę płyt winylowych), termosy,  mikser, aparaty fotograficzne itp

Widzę z entuzjastycznych opinii młodszych czytelników, że ten eksperyment i  ta książka jest dla nich ciekawa. 
I chyba w tym kręgu znajdzie najwięcej odbiorców.
Do mnie akurat to nie trafia, a najbardziej zniechęciły mnie wypowiedzi samych autorów (w  tv).  Zamiast zachęcić...

piątek, 12 października 2012

Bibliotecznie

Wysłuchałam kilka dni temu rozmowy w radio, którego słucham najczęściej (nie podaję nazy stacji, żeby nie robić nikomu reklamy). Tematem rozmowy było dofinansowywanie i przyszłość bibliotek - rejonowych, dzielnicowych, gminnych, wiejskich. Czyli tych miejsc, w których zwykły obywatel może znaleźć coś dla siebie do czytania.
Nie będę tu robić analizy tej rozmowy, bo właściwie było to biadolenie nad kłopotami finansowymi tego sektora kultury i oświaty.
Najbardziej mnie natomiast wkurzyło stwierdzenie jednego z rozmówców, gdy dowodził, że w każdej bibliotece należy wymienić cały księgozbiór przynajmniej raz do roku.
Książki "zaczytane", czyli uszkodzone, z brakującymi kartkami - to jest zrozumiałe, że trzeba je wymieniać na bieżąco.
Ale już nie zgodzę się z tezą, że należy usuwać książki rzadko wypożyczne, bo to oznacza, że są mało wartościowe (skoro nikt ich nie czytał). Co z abzdura! Książki to nie kartofle, które trzeba usuwać ze sklepu, gdy zwiędną. Książki tworzą pewien dorobek intelektualny, do którego sięgamy z różną częstotliwością, a stopień zainteresowania czytelników nie może żadnej z nich dyskredytować i skazywać na banicję.

I jeszcze jeden kwiatek, świadczący o poziomie myślenia owego dyskutanta - wśród tych wymienianych według kalendarza książek, powinny się też znaleźć nowe wydania klasyki, lektur -  ogólnie książek starszych, bo wydania sprzed lat nie są już atrakcyjne!
Ręce opadają...

środa, 10 października 2012

Czytanie Prusa

Bardzo mi się spodobał temat wyzwania  (tego słowa natomiast nie lubię, ale trudno, nie ja nazywam te akcje) "Czy znasz Prusa?" A tu nagle okazało się, że jest już prawie połowa października i mój udział jest jak na razie na poziomie zerowym. Jakoś tak się niemrawo zabierałam za pisanie "w temacie".
Chyba potrzebowałam czasu na przemyślenia samej formuły tej dyskusji.
O ile na pytanie z pierwszego spotkania,  "Czy Waszym zdaniem Prus może być czytany i dziś?" odpowiedziałam sobie natychmiast, tylko nie usiadłam i nie napisałam.
O tyle spotkanie drugie, poświęcone "Lalce", jakoś mnie zablokowało. I też od początku wiem dlaczego.

Pytanie o dzisiejsze czytanie Prusa - uważam, że jest skierowane nie do tego czytelnika, co trzeba.
Powinno się je zadawać czytelnikowi, który dotychczas jeszcze Prusa nie poznał (nawet biorąc pod uwagę jakiś szkolny przymus). Dla czytelników, którzy lubią, kochają i w dużym stopniu znają prozę Prusa, odpowiedź na takie pytanie jest nieobiektywna. Dla mnie ta lektura jest przyjemnością od lat, więc nie jestem w stanie ocenić dzisiejszego odbioru tego pisarza.

Drugi temat - "Lalka", moja ulubiona klasyka, czytana na pewno kilkanaście razy.
I dlaczego mam blokadę w zabraniu głosu w dyskusji, w napisaniu chociażby krótkiego posta?
Nie śledziłam wcześniej blogów czytelniczych, dopiero od niedawna poznaję przebieg wcześniejszych akcji i dyskusji o książkach. W momencie ogłoszenia tego wzywania wydawało mi się, że będziemy sobie pisać swobodnie o danej powieści, nowelkach, opowiadaniach. Pisać w sposób, jaki każdy z nas sobie wybierze.
A tu się okazało, że dyskusja jest formą odpowiedzi na pytania. Co prawda ostatni punkt to nasze własne przemyślenia i refleksje, ale już wszystkie poprzednie skutecznie mnie zniechęciły.
Dlaczego? bo poczułam się jak na lekcji w szkole. A ja jakoś nie mam ochoty - na takie pisanie w określonych ramach, na dokonywanie analizy pod kątem zadanego pytania.
Oczywiście  w żadnym stopniu nie są to uwagi krytyczne pod adresem organizatorów wyzwań, którzy robią to w wybranej przez siebie formie. A uczestnicy dyskusji biorą udział, albo nie. To tylko sprawa mojego niezorientowania w temacie.
Zakładając tego bloga od początku wiedziałam, że będę pisać swobodnie i nie nazywam moich postów o książkach recenzjami.  To są moje luźne uwagi, wspomnienia, refleksje - nie wystawiam książkom szkolnych ocen. I nie chcę też męczyć mózgu spełnianiem jakichś warunków, żeby  tekst wypadł odpowiednio.
To moje hobby w czasie wolnym...

wtorek, 9 października 2012

Było... minęło... (8) - Czy ktoś dzisiaj czyta Verne`a?

Wybrałam do tego wpisu książkę o życiu i twórczości wielkiego wizjonera, zadając sobie jednocześnie to pytanie: czy ktoś dzisiaj sięga po jego powieści? A szczególnie, czy jest to młody czytelnik? Sama nie mam możliwości sprawdzenia, bo akurat teraz w najbliższej rodzinie i wśród znajomych brak  czytelników z tego przedziału wiekowego. Dzieci albo jeszcze nie posiadły sztuki czytania, albo są już dorosłe.
Odwołuję się więc do własnych wspomnień, które są już klasyką życiową.
W naszym pokoleniu młode mole książkowe czytały Verne`a (znam kilkanaście jego powieści). Tak więc książka o życiu znanego mi autora była w tamtym czasie bardzo cennym uzupełnieniem.


"Czarodziej z Nantes" jest powieścią napisaną prostym, ale ładnym językiem. W dedykacji czytamy : "Książkę tę wnukom moim poświęcam". Od razu dodam tu kilka słów o autorce, bo duże znaczenie dla postrzegania tego pisarstwa ma fakt, że Nadzieja Drucka urodziła się w rodzinie rosyjskiej i opanowała język polski dopiero jako osoba dorosła.
Nadzieja O`Brien de Lacy , księżniczka Drucka - ur. 17 stycznia 1898 w Warszawie, zm. 29 sierpnia 1986r.
Była sanitariuszką w czasie I wojny światowej. Wtedy poznała swojego przyszłego męża, za którego wyszła w 1917 roku w Moskwie. Po wojnie, w 1918 roku, wróciła z mężem do Polski. W majątku  Augustówek mieszkała do 1939 roku. W tym okresie działała społecznie, pisała i tłumaczyła, należała do PEN-Clubu, utrzymywała także kontakty z białą emigracją rosyjską. Czas II wojny przeżyła w Polsce, w tym powstanie warszawskie.
Po zakończeniu wojny pozostała w kraju i napisała kilka książek - w tym "Czarodzieja z Nantes" (1963).

Książka opisuje życie Juliusza Verne`a od momentu, gdy jako kilkunastoletni chłopiec bezskutecznie usiłuje uciec na statku w daleki świat, aż do chwili jego śmierci. Poznajemy pisarza jako człowieka - najpierw jako syna w relacji z rodzicami (szczególnie ojcem). A następnie jako męża, ojczyma i ojca. Widzimy jego drogę do pisarstwa - to ważny moment, gdy on sam zdał sobie sprawę, że nikt inny przed nim tak nie pisał. Wszelkie naukowe i techniczne elementy jego książek nie były fantazją wymyśloną tak sobie, bez gruntownych podstaw. Pisarz całe życie się uczył, zbierał wiadomości (gromadzone na fiszkach w specjalnych katalogach). Możemy także poznać bliższe okoliczności powstawania niektórych powieści, w powiązaniu z aktualnymi wydarzeniami politycznymi, odkryciami naukowymi i geograficznymi, eksperymentami lub po prostu z życie codziennym.
Życie rodzinne z Verne`em nie było łatwe. Był dobrym kochającym człowiekiem, ale o duszy artysty.
Chciał pracować w spokoju, w izolacji, a to nie dawało się łatwo pogodzić z codziennością. Miał natomiast szczęście spotkać wydawcę, który co prawda dzięki niemu zarobił wiele pieniędzy, ale też sam pisarz stał się za życia sławnym i bogatym. W 1886 roku spotkała go tragedia (o której sam pisarz zabronił wspominać), był to zamach na jego życie. Przypadkowy postrzał z ręki młodego człowieka chorego psychicznie, który zaciążył na reszcie życia pisarza.

Nadzieja Drucka "Czarodziej z Nantes", Nasza Księgarnia 1967, Wydanie II

wpis do Klasyki młodego czytelnika



środa, 3 października 2012

Życiowy suplement

 "Okropności" (wyd. 2008 r.) to książka do przeczytania głównie dla wiernych czytelników  Joanny Chmielewskiej (takich jak ja).
Jest swego rodzaju częściowym prywatnym rozliczeniem autorki, wyjaśnieniem, usprawiedliwieniem, zamknięciem pewnych życiowych rozdziałów.
Przy okazji tej lektury zrobiłam sobie kalendarium pod hasłem "z Chmielewską" przez życie' i aż się sama przestraszyłam, że to tak długo. Moje pierwsze spotkanie z książkami Joanny Chmielewskiej pamiętam doskonale. Było to w 1976 roku (prawda, że aż strach umieszczać taką datę?). Wtedy dostałam od mojej przyjaciółki trzy niezwykle wtedy popularne powieści, do przeczytania na jedną noc. Ona zresztą też je od kogoś pożyczyła i musiała oddać w terminie. A książki były absolutnie nie do zdobycia normalnym sposobem.
"Krokodyl z kraju Karoliny", "Wszyscy jesteśmy podejrzani" i "Całe zdanie nieboszczyka". To powieści z najlepszej części dorobku pisarki, dziś powiemy, że kultowe. Przeczytałam je wtedy i nieodwołalnie zaraziłam się chmielewszczyzną na resztę życia.

"Okropności", napisane charakterystycznym dla pisarki językiem, to przede wszystkim nasze pożegnanie z Alicją - tak mocno  wkręconą przez Joannę do fabuły większości książek. To także tłumaczenie się pisarki z różnych zachowań, relacji z ludźmi, jej osobistych przypadłości zdrowotnych i ich wpływu na życie.
Czytając trzeba się uzbroić w cierpliwość, bo książka jest jednak miejscami rozwlekła i przegadana, tak jak ostatnie powieści autorki. Takie wspominki i refleksje, które być może i nas dopadną w mocno zaawansowanym wieku.
Trochę mi było smutno po przeczytaniu tej książki, która również uświadamia nam ten nieubłagany upływ czasu...

wtorek, 2 października 2012

Rozlewiska zaliczone

Tak właściwie mogę podsumować wrażenia z lektury trzech części Rozlewiska - zaliczone.
A mówiąc dokładniej:  jestem rozczarowana i raczej nie sięgnę po te książki jeszcze raz.
Cykl Małgorzaty Kalicińskiej to pierwsza moja lektura polskiej powieści współczesnej od wielu lat.
Nawet nie pamiętam, kiedy i co czytałam jako ostatnie. Oczywiście nie liczę tu dorobku Joanny Chmielewskiej (to inna kategoria). Jakoś nie zainteresowały mnie kobiece i nie-kobiece powieści ostatnich dwudziestu lat na tyle, żeby po nie sięgnąć. Tak więc zupełnie nie jestem zorientowana kto jest modny, na topie, doceniony itp. Niektóre nazwiska znam, słyszałam, ale nie kojarzę z tytułami.


"Dom nad rozlewiskiem" - męczący w czytaniu język smsów - zdania tak krótkie, że aż denerwujące. Nie wiem, jaki miało to dać efekt. Czy miało świadczyć o poziomie inteleku mas korporacyjnych, czy chodziło o kupienie czytelnika tym chwytem.
Ja uznaję, że było pójściem na łatwiznę ze strony autorki, schlebianie prostym gustom czytelnika. I nikt mnie nie przekona do dominacji dwu-, trzy-wyrazowych zdań w powieści.

Niestety moje obawy związane z wcześniejszym oglądaniem serialu potwierdziły się.
Nie mogłam odciąć się całkowicie od serialowych porównań, szczególnie od obrazu aktorów grających poszczególne postaci. To mi przeszkadzało tak bardzo, że czytałam powierzchownie, chcąc jak najszybciej dotrzeć do końca grubego tomiska.
Lubię powieści obszerne - im więcej kartek, tym lepiej. Tu jednak ta zasada nie sprawdziła się. Znając filmowy bieg wydarzeń czytałam głównie po to, żeby się przekonać "będzie tak samo, czy nie?". Może dlatego nie dostrzegłam głębi przeżyć bohaterki - nie mogłam pozbyć się wizerunku zbyt młodej do tej roli odtwórczyni. Podobnie jak nie pasuje mi Małgorzata Braunek do roli matki.
Do kompletu schodów jeszcze w tym wydaniu jak dla mnie zbyt mały druk.

Druga i trzecia część już zupełnie inna niż serialowa fabuła, więc z tego względu czytało mi się ciut łatwiej.
Ale tylko z tego powodu.

 "Powroty nad rozlewiskiem"  to chronologicznie zapis wydarzeń z czasów wcześniejszych. Jak dla mnie najlepsza i najciekawiej napisana część.

Rodzaj kalejdoskopu, czy też szufladki z pamiątkami. Chociaż miałam wrażenie, że chwilami zbyt sztucznie z tej szufladki wyciąganymi - taka wyliczanka nazw towarowych (jeden przykład - woda kolońska "Prastara").
Niewątpliwie były to dla mnie miłe chwile przypomnienia tamtych la 60- i 70-tych, tamtej rzeczywistości i codzienności. Nie do końca przez nas  (tzn. mnie i mojego męża) zapomnianej, bo wiele z tych przedmiotów (większych i mniejszych) mamy nadal w wyposażeniu mieszkania. A niektóre nawet używamy.
Przez porównania z własną młodością w tamtych czasach najłatwiej o nieobiektywnie dobre oceny.



Trzecia część - taka trochę w stylu ckliwego serialu z oklaskami w tle.
Bardziej przypominająca opowiadanka-produkcyjniaki z kolorowej prasy, z cyklu "Historie miłosne naszych czytelniczek - Przeżyłaś coś niezwykłego, opisz i przyślij do nas".
Teraz, po miesiącu od przeczytania, trudno mi napisać coś więcej.
Wrażenia już uleciały z pamięci.

A przed rozpoczęciem czytania zapoznałam się z entuzjastycznymi opiniami na okładkach książek.
Szkoda, że moje są inne...



poniedziałek, 1 października 2012

Niespodziewana lektura

Dzisiaj zadzwonił do moich drzwi listonosz. Niestety, mój listonosz nie dzwoni dwa razy, ale dużo więcej, mocniej, głośniej. Dzwoni "jak na pożar" i zawsze wtedy mam uczucie, że zejdę na zawał. Jest w tym dzwonieniu jakaś niecierpliwość  z podtekstem "niech ktoś otworzy, bo mi się śpieszy". Nic z takich miłych pocieszających słów listonosza, które wspominała Maria Jasnorzewska-Pawlikowska "ja to bym do Pani napisał".
Trudno, takie mamy czasy.

Listonosz (doręczyciel bardziej) przyniósł oczekiwaną paczuszkę z nieoczekiwaną wygraną w tej dyskusji.
Bardzo rzadko los (w tym przypadku kot) wskazuje na mnie, niezależnie od rodzaju losowania. Widocznie w myśl starego powiedzonka "kto nie ma szczęścia w grze, ten ..."

 Wiedząc o tym, że dotrze do mnie ta książka, unikam teraz  recenzji o niej i nie słucham fragmentów czytanych właśnie w radio. Chcę mieć czysty umysł przed lekturą, bo wiem  już od dawna, że wcześniejsze opinie lub realizacje filmowe powieści bardzo źle wpływają na mój odbiór. Nie potrafię się uwolnić od takich sugestii i tracę całą przyjemność z lektury.

czwartek, 27 września 2012

Jak u Czechowa

"Jak u Czechowa" to używane kiedyś określenie pewnego rodzaju nastroju, klimatu, sytuacji...
Było znaczeniem samym w sobie, nie potrzebowało dodatkowych wyjaśnień - wiadomo było o co chodzi.
W ostatniej premierze Teatru Telewizji niestety tego zabrakło, chociaż to właśnie był sam Czechow.
"Trzy siostry" - w nowej, jak wcześniej zapowiadano, unowocześnionej wersji. Jak dla mnie ten zabieg właśnie "położył" sztukę.
Nie podobało mi się, miałam wrażenie, że oglądam kolejny mydlany serial. Niby aktorzy się starali, ale te ich starania nie pasowały do atmosfery teatralnej. Oni sami nie pasowali do tego tekstu. Chociaż większość z nich lubię, to jednak nie mogę się zachwycać słabościami.
Niezbyt fortunna obsada ról - powiedzmy sobie szczerze, nie da się uciec od naleciałości reklamowych (bałam się, że w pewnej chwili jeden z aktorów zacznie pstrykać dezodorantem)
Niektórzy młodzi aktorzy nie do końca poradzili sobie z zadaniem. Fatalna chwilami serialowa niechlujna wymowa (gdzie te czasy, gdy aktorzy po prostu umieli "podawać tekst").
Nijaka scenografia - równie dobrze pasująca do każdego innego przedsięwzięcia.
W efekcie obejrzałam (z trudem dotrwałam do końca) realizację, która nie pozostawi po sobie śladu w mojej pamięci...

niedziela, 16 września 2012

Miejsce Tomka w moim czytelniczym życiorysie

Chodzi rzecz jasna o Tomka Wilmowskiego, bohatera dziecięcych lektur mojego pokolenia.
Jako, że jestem również dzieckiem epoki radia, więc to urządzenie towarzyszy mi zawsze przy pracach kuchennych - łączymy przyjemne z pożytecznym (co działa w obie strony). Wybieram różne stacje, to zależy od nastroju i mojego wewnętrznego zapotrzebowania. Często są to programy informacyjne, ale także muzyczne (kiedy nie mam ochoty na słuchanie gadających głów).
Dzisiaj, w radiowej Jedynce, trafiłam na rozmowę ze współautorem ostatniej książki sygnowanej nazwiskiem Alfreda Szklarskiego. Usłyszałam kilka nowych dla mnie informacji, między innymi o planach pisarza dotyczących losów Tomka mających zakończyć cały cykl. Były to koncepcje związane oczywiście z walką Polaków o niepodległość - jedna to udział syna Tomka w Powstaniu Warszawskim, inna dotyczyła udziału samego Tomka w Legionach.

Pisząc teraz o postaci literackiej, tak popularnej kiedyś wśród młodych czytelników, nie mam żadnego problemu z przypomnieniem sobie fabuły każdej książki. Czytałam je wielokrotnie, mam u siebie wszystkie części i nie ukrywam, że jeszcze co jakiś czas wracam do tej lektury.

Lubiłam i lubię ten cykl - nie oceniam, która część lepsza, która gorsza.
Inaczej odbierałam książki czytając jako dziecko, inaczej po latach.
Czytając po raz pierwszy opuszczałam prawie wszystkie przypisy (było ich dla mnie zbyt dużo i jakoś mnie nie ciekawiły), bo zżerała mnie ciekawość "co dalej". W pewnym momencie zaczęłam dostrzegać zbytni idealizm postaci i najbardziej polubiłam bosmana Nowickiego. Sam główny bohater - Tomek, który w każdej następnej części stawał się coraz bardziej pozytywny i wszechstronnie uzdolniony, chwilami aż denerwował jako sztuczna postać bez wad.
Najczęściej zarzuca się  książkom o przygodach Tomka nadmierny dydaktyzm i moralizatorstwo, sztuczność i jednostronność bohaterów. Zgadzam się z tymi opiniami, ale jednocześnie mam do tego cyklu wielki sentyment.
To były książki naszego pokolenia - lekcje polskości i patriotyzmu... okno na świat z elementem przygody.

Książka, o której wspominam na początku, to ostatnia wydana część cyklu "Tomek w grobowcach faraonów". Ukazała się po śmierci autora i tylko częściowo jest przez niego napisana.
Współautorem jest Adam Zelga, który dokończył powieść rozpoczętą przez Szklarskiego.
Jak sam tytuł wskazuje akcja powieści rozgrywa się w Egipcie, wśród piramid, grobowców, tajemnic i zagadek.


Alfred Szklarski "Tomek w grobowcach faraonów", MUZA SA, Wydanie II, Warszawa 1994

czwartek, 13 września 2012

Było... minęło...(7) - Egzotyka w szarzyźnie socjalizmu i nierealny już socjalizm w czasie kapitalizmu

  "(...) W pogodne wczesne popołudnie światło w tropikach jest tak przenikliwe, że wydobywa z morza mnóstwo kolorów, przejaskrawia je, nasyca nadmiernym blaskiem. Zaraz za otoczką śnieżnej piany, okalającej statek, smuży się drobnymi falami jasna, niemal perłowa szarość, potem gęstnieje, ciemnieje, aż przechodzi w śniade migotliwe srebro, w błękitna stal, jasny błękit, intensywny błękit, turkus, nefryt, zieleń malachitu. I całe ogromne morze od burt po horyzont błyszczy do bólu w oczach, mieni się, płonie jak od utajonego w głębi białego ognia. (...)"     Spotkajmy się w Bangkoku" - Anna Glińska

W tej książce, wydanej blisko 40 lat temu, prawie wszystko wtedy było i teraz jest egzotyką.

Było ...
Sama podróż w tak niezwykłych warunkach w czasach realnego socjalizmu, niedostępna dla większości zwykłych obywateli. Zwiedzanie (choć krótkotrwałe) portowych miast znanych tylko z lekcji geografii.
Wielobarwny świat kapitalistycznego Zachodu z jego obfitymi dobrami konsumpcyjnymi. Bajkowość Dalekiego Wschodu...

Jest...
Dla młodego czytelnika lub czytelniczki, egzotyką są dzisiaj realia tamtych czasów.
Obowiązujący ustrój i wszystko, co z niego wynikało. Cały system własności państwowej (statek i zatrudnieni na nim ludzie). Inny poziom rozwoju światowej techniki , szczególnie środki łączności.

Siedemnastoletnia Tunka płynie na polskim statku "Farys"  w swój pierwszy w życiu dalekomorski rejs.
Nie jest w szkole, chociaż to klasa maturalna i rok szkolny trwa. Decyzją dorosłych ten rejs będzie dla niej najlepszym lekarstwem po stracie ukochanej siostry bliźniaczki. Tunka nie może  odzyskać spokoju po śmierci Zazy, zadręczając się wątpliwościami, czy to przypadek przez przedawkowanie, czy świadomy wybór samobójstwa.
Czytając książkę wtedy, w tamtym czasie, czytałam o egzotycznej dla mnie narkomanii. Wydawało mi się, że to problem sztuczny, marginalny. Podobnie jak przemyt narkotyków. Co prawda szeptało się w na ucho w szkole, że jacyś tam "wąchają klej". Ale większość z nas nigdy się z tymi jakimiś nie zetknęło. Tutaj w powieści narkotyki są jednoznacznie związane z hippisami, którzy w Polsce nigdy nie byli zjawiskiem masowym.

Jako nastolatka skupiłam się przede wszystkim na postaci głównej bohaterki i  jej przeżyciach.
W swej bajkowej podróży Tunka odnajduje pierwszą miłość i zapowiedź prawdziwej przyjaźni.
Bo ta opowieść właściwie jest bajką, mocno polukrowaną w dodatku.
Mimo tragedii, która dotknęła Tunkę, dalsze wydarzenia to jedno pasmo dobroci - takie kolorowe zdjęcia jak z luksusowego wtedy Polaroida.. Wszystko, co spotyka dziewczynę w czasie rejsu jest dobre, życzliwe, miłe, wesołe, zabawne, interesujące, fascynujące.
Teraz dostrzegam tę jednostronność, bo wtedy pochłonęłam książkę jak to się mówi jednym tchem.
Jest napisana żywym językiem, nie brakuje tu dowcipu i żartu, a warstwa opisowa (zarówno życia na statku, jak i oglądanych portów) naprawdę przykuwa uwagę.
Teraz nie jesteśmy w stanie obejrzeć wszystkich dostępnych filmów na wielu kanałach dzięki telewizji satelitarnej i możemy w kilka chwil odnaleźć w internecie zdjęcia i filmiki o każdym miejscu na świecie.
Wtedy pozostawały książki z marnymi ilustracjami (po długotrwałym czasie wydawniczym), czasopisma "Poznaj świat", "Kontynenty" i czarno-biała telewizja z ubożuchną ofertą.

I jeszcze kilka słów o autorce.
Mam kilka książek Anny Glińskiej, ale długo zupełnie nic o pisarce nie wiedziałam. Dopiero w czasach internetowych poszukałam...  i co znalazłam?
Anna Glińska to pseudonim literacki Natalii Gałczyńskiej, żony naszego poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Anna Glińska "Spotkajmy się w Bangkoku", Wydanie I, Wydawnictwo Morskie, Gdańska 1973

wpis do Klasyki młodego czytelnika