sobota, 20 kwietnia 2019

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Na oczach całego świata płonie historia...

Nie byłam nigdy w Paryżu i nie widziałam Katedry Notre Dame bezpośrednio...  jak większość sławnych i ważnych budowli znam to miejsce tylko ze zdjęć... i już nie zobaczę ... w obliczu skali pożaru niewiele da się uratować ... pozostaną jedynie ruiny i zgliszcza ...

wtorek, 9 kwietnia 2019

"Dwie twarze Krystyny", czyli powrót do minionego czasu

Kwietniowa kategoria Trójki e-pik  - ciało w roli głównej (książka z częścią ciała w tytule), w pierwszej chwili wydała mi się dość trudna do zrealizowania. Nie kojarzyłam żadnego tytułu, ale od czego są poszukiwania i podpowiedzi uczestniczek zabawy. Efektem obu jest spora lista do przeczytania - mam co najmniej trzy komplety do wyboru i jak napisała jedna z uczestniczek zabawy mogę za kogoś przeczytać.
Wybrałam na początek książki krótsze, z gatunku "lekkie, łatwe i przyjemne".

"Dwie twarze Krystyny" (zdjęcie okładki zapożyczone z portalu Lubimy czytać), to klasyczny milicyjny kryminał PRL-u. W tamtym czasie zdobycie tych książek w księgarni było praktycznie niemożliwe, a w bibliotekach czekało się w długich kolejkach. Dlatego niewiele wtedy ich przeczytałam. Już kiedyś wspomniałam o tym na blogu - jedynym łatwym źródłem dostępu były biblioteki w miejscowościach wczasowych.
Nie jest to literatura z górnej półki - dialogi dominują do tego stopnia, że powieść chwilami nuży, tak jest przegadana. Mamy tu popularny wtedy mocno upolityczniony schemat - dobrzy i sprawni milicjanci nie tylko za biurkiem, ale w akcji na ulicy; wykazujący się obywatelską postawą żołnierz ludowego wojska polskiego w łapaniu sprawców napadu na sklep; milicja pomagająca w reedukacji przestępców po odbyciu kary oraz pań reprezentujących najstarszy zawód świata, czyli śpij obywatelu spokojnie. 
A po drugiej stronie ten zły świat przestępczy, składający się nie tylko z tzw. marginesu społecznego, ale również z przedstawicieli wszystkich grup obywateli, którzy okazują się słabi wchodząc na drogę oszustwa, kradzieży, morderstwa. I nie ma przebacz - każdy jest potencjalnym przestępcą (szczególnie inteligent, nawet pracujący) - może z wyłączeniem klasy robotniczej, której władza na pewno się bała.
Naprawdę nie jestem złośliwa - kto żył w tamtych czasach ten wie.

Lektura tego kryminału to otwarcie drzwi do minionej rzeczywistości  lat 70-tych. W wielu momentach niezrozumiałej dla młodszego pokolenia. Niewiele lub nic nie mówią dziś takie hasła: meldunek, zespoły adwokackie, dancing, wkładka paszportowa, książeczka walutowa, NRD,  wybranie wolności, dewizówki, Pewex itd. A przy tym całkowite odizolowanie społeczeństwa od tzw. Zachodu w zakresie swobody wyjazdu za granicę (decyzja zależna często od widzimisię urzędników, niezależnie od stopnia "karalności" obywatela i oczywiście paszport do zwrotu), wielokierunkowa dokumentacja każdego z nas - obowiązek zameldowania, wnioski (bardzo szczegółowe) wraz ze zdjęciami w biurze paszportowym, deklaracje wyjazdowe, obowiązek podpisania weksla przez żyrantów w sytuacji wyjazdu na Zachód kogoś świeżo po studiach. Taką sytuację przerabialiśmy osobiście w momencie wyjazdu do Włoch.

O tamtych realiach można napisać niejedną książkę, ale najbardziej autentyczny materiał dostarcza zawsze literatura powstała właśnie wtedy. Będąc dla autora naturalnym tłem akcji, po latach jest ciekawym źródłem informacji.
Nie jest to fabuła ponadczasowa, ale ściśle zależna od realiów w których jest osadzona. W dzisiejszych czasach motywacje działań bohaterów i popełnianych przez nich czynów w ogóle nie mogłyby się zdarzyć.

A o czym jest ta historia?
Sześciu nudzących się nad morzem panów - wysokich oficerów milicji na wczasach w domu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, w trakcie samotnego dancingu zabawia się zakładem dotyczącym pewnej atrakcyjnej blondynki. Jeden stwierdza, że kobieta na pewno jest z Warszawy, drugi, że na pewno z Krakowa. Są pewni swojego zdania, bo znają ją z widzenia. Obaj mają też różne zdanie na temat jej włosów - farbowane, czy naturalne.  Sprawę daje się szybko wyjaśnić metodami prywatnymi (prawda jak ładnie, że nie wykorzystuje się możliwości zawodowych?), a przegrany z radością stawia suto zakrapianą kolacyjkę. Niestety, po pewnym czasie okazuje się, że kobieta zniknęła bez śladu, prawdopodobnie utonęła w czasie sztormowej pogody, gdy kąpała się w morzu wbrew zakazowi. Na plaży pozostały jej rzeczy, ale ciała nie odnaleziono. Utonęła? a może jednak została zamordowana lub uciekła za granicę?

niedziela, 31 marca 2019

"Seksmisja 3" - straszny scenariusz strasznej wizji

Kilka gatunków literackich omijam szerokim  łukiem - należą do nich tematy katastroficzne, fantasy, horror. Nie czytam książek, nie oglądam filmów i nie mam zamiaru, bo jestem już na takim etapie życia, że wybieram lektury mające sprawiać mi przyjemność, dawać chwile relaksu i odprężenia, być ciekawą odskocznią od codziennych problemów, pomagać poznawać świat w jego optymistycznej odsłonie. W pewnym momencie uznałam, że przeczytałam już tak dużo książek "ciężkiego kalibru" - przede wszystkim o wojnie, że moja wytrzymałość psychiczna jest na wyczerpaniu. Nie potrafię czytać bez emocji, nie odnosząc poznawanych problemów do własnego życia lub własnych obserwacji. 
Dlatego początkowo miałam zamiar zrezygnować z kategorii marcowej Trójki e-pik - książka z motywem katastroficznym. Jednak dość szybko po ogłoszeniu tematów doczytałam , że może to być także książka post-katastroficzna... i okazało się, że taką właśnie mam na półce od dawna... nadal czekającą na przeczytanie.

To "Seksmisja" Juliusza Machulskiego - literacka wersja filmowego przeboju.
Mam z tą książką duży problem, podzielony w czasie.
Pierwszy etap to oczywiście pierwszy seans kinowy w roku premiery, czyli w 1984 roku.
Siedząc w kinie nie mieliśmy oczywiście bladego pojęcia, że oto uczestniczymy w historycznym wydarzeniu, czyli oglądamy kultowy film. Słowo "kultowy" nie istniało, wtedy znane było tylko słowo "kult" w znaczeniu religijnym i gdzieś w równoległej rzeczywistości  "Kult" - zespół muzyczny Kazika Staszewskiego  założony w 1982 roku (rock alternatywny). 
Nic z tych rzeczy - zobaczyliśmy niezwykły przez swoje techniczne sztuczki film z doskonała grą znanych i nieznanych aktorów. Na mnie największe wrażenie zrobiła komediowa kreacja Olgierda Łukaszewicza, aktora którego lubiłam, ale nie znałam od tej strony. Bardziej kojarzył się z melancholijnym umierającym gruźlikiem. Mimo zachwytów nad grą aktorów wyszłam z kina z uczuciem wielkiego niesmaku, czując, że jako widz-kobieta zostałam w pewnym sensie obrażona... że film wyśmiewa kobiety udowadniając, że wystarczy dwóch (a właściwie trzech) byle jakich samców do pokonania całego misternie zbudowanego przez kobiety świata

Trochę później - 2002 roku dostałam pod choinkę książkową wersję.
Jak szybko się na nią rzuciłam, tak szybko mnie odrzuciła. 
Forma jest w tym przypadku o wiele lepsza od treści - to naprawdę ciekawe, innowacyjna książka biorąc pod uwagę czas wydania. Składa się z trzech części: pierwsza to lekko ociosana literacko wersja scenariusza "Seksmisji". Uważam, że ociosanie jest zbyt małe. Właściwie do samych dialogów dodano trochę opisów sytuacyjnych i na tym koniec. Są pewne różnice w akcji, a największą jest zakończenie - nieco inne niż w filmie. Tekst jest po prostu drętwy i nudny - dopiero przez porównanie z filmem widać, jak wielką siłą są aktorzy. Gdybym czytała scenariusz nie znając filmu raczej nie zainteresowałby mnie.

Część drugą stanowią głównie wycinki prasowe związane z filmem i trochę prywatnej korespondencji reżysera.

Trzecia to właśnie "Seksmisja 3" - goły scenariusz nie zrealizowanej kontynuacji.
Co prawda wynaleziona przez profesora Victora KUPPELWEISERA Bomba "M", zamiast jedynie czasowo paraliżować, zlikwidowała geny męskie raz na zawsze, ale "geniusz profesora przewidział wszystko. Profesor pozostawił program "ADAMUS", który miał przywrócić naturalny porządek świata, w którym króluje "Samiec" ...
jest Rok 2063 n.e... 

... nie podejmuję się streszczenia tego tekstu.

Dlaczego napisałam, że scenariusz jest straszny?  Nie dlatego, że opisuje katastroficzną wizję świata przyszłości, ale dlatego, że to po prostu mętna, nudna i niestrawna historia - kontynuacja tworzona na fali popularności filmu, takie odcinanie kuponów. Biorę oczywiście pod uwagę toporność tekstu jakim jest każdy scenariusz - to przecież nie jest powieść, dlatego czytelnik męczy się z takim tekstem (w stopniu zależnym od tego, jak potrafi uruchomić swoją wyobraźnię). Scenariusz po prostu wymaga innego podejścia do tekstu. Jednak czytałam już kilka scenariuszy i żaden mnie tak nie wymęczył jak ten. 

Ktoś napisał w internecie: "Zero w skali 1-6"
Niestety... i ja się pod tym podpisuję. 

A gdzie jest Seksmisja 2? - odpowiedź na okładce książki. 
"- Musiałeś ją przespać, Puchatku"