niedziela, 16 czerwca 2019

Niedziela z obrazem (132)

Józef Chełmoński  „Staw w Radziejowicach” (1898)


 „Staw w Radziejowicach” to pejzaż z późnego okresu twórczości Józefa Chełmońskiego, namalowany z natury, będący wyrazem empatii i mistycznego wręcz stosunku artysty do przyrody. W tym okresie, jak pisze Tadeusz Matuszczak:
„Spotęgowana zostaje skala barwna, która jest kolorystycznie bardziej zróżnicowana, oparta na tonalnych niuansach. Chełmoński nadal preferuje miękkie, unifikujące światło poranka, zmierzchu czy nocy. 
Akcentując pierwszy plan i stosując nadal bliski punkt widzenia, zbliża kadr, przez co motyw pejzażowy ulega jakby powiększeniu. Dając nam możliwość oglądania przyrody z tak bliska, uwypukla jej znaczenie, a szczegóły ujawnia jak nigdy przedtem”.  - Muzeum Narodowe w Warszawie

czwartek, 6 czerwca 2019

"Trzy płaskie klucze", czyli kto ukradł 10 milionów z bankowego skarbca

   "Duża wskazówka na elektrycznym zegarze wiszącym nad schodami, które prowadziły na pierwsze piętro, drgnęła, a następnie skoczyła i ustawiła się na cyfrze 9. 
   Była więc godzina siódma i czterdzieści pięć minut. Za kwadrans w Powszechnym Banku Rzemiosła rozpocznie się nowy dzień pracy.
   Starszy woźny, pan Franciszek Zaleski, obciągnął granatowy mundur i zapiął dwa srebrne guziki pod szyją.
- Idę do szatni i otwieram drzwi - powiedział. - A wy, kobietki, pośpieszcie się. Dochodzi ósma, a sala jeszcze nie sprzątnięta. Stasiu, czy w gabinecie pana prezesa woda w karafce zmieniona i popielniczki wyczyszczone? A u dyrektora Helskiego fikus podlany? Atramentu dolałeś?
   - Dobrze, dobrze - odburknął młody człowiek. - Pan Franciszek mógłby choć raz coś innego wymyślić. Codziennie to samo. Gabinet prezesa, fikus, atrament.
   - Bo wam, młodym, trzeba codziennie o wszystkim przypominać. Sami niczego nie zrobicie. Za moich młodych czasów, kiedy byłem gońcem, a później młodszym woźnym, nigdy bym nie ośmielił się tak odpowiedzieć starszemu od siebie! Mnie nikt nie musiał poganiać. No, idę otwierać."

Nadrabiam kryminalne zaległości sprzed lat nie dlatego, że tak fascynuje mnie zgrzebna literacko twórczość pisarzy tzw. dziś "powieści milicyjnej", ale dlatego że najbardziej lubię powroty do klimatu lat 60-tych. To w moich wspomnieniach z dzieciństwa czas spokojny, bezpieczny, najbardziej słoneczny, chociaż na filmach zachowany w wersji czarno-białej.
Czytając teraz kryminały najbardziej popularnych autorów szukam detalu codzienności, drobiazgu scenerii, przedmiotu, ale także charakterystycznych zachowań i zwyczajów. Woda w karafce, popielniczki w gabinecie, no i atrament w kałamarzu! - to przecież dziś archeologiczne wykopaliska, jak przy grobowcach faraonów. Jak jeszcze dodam wielkie drewniane  liczydła, których jeszcze używał główny księgowy w pierwszym moim miejscu pracy, to mój powrót do przeszłości jest powrotem do przeżywanej rzeczywistości.
"- Górna półka... Rezerwa bankowa... Gdzie jest rezerwa? Wszyscy spojrzeli w głąb kasy. Rzeczywiście, górna półka była zupełnie pusta. A przecież jeszcze wczoraj, gdy po południu zamykano skarbiec, leżała tutaj jak zwykle rezerwa bankowa. Dziesięć milionów złotych w nowiutkich banknotach, opakowanych w paczkach po sto sztuk. Główny kasjer wiedział na pamięć, że dziewięć milionów dziewięćset pięćdziesiąt
tysięcy złotych jest w banknotach pięćsetzłotowych. Reszta w setkach, pięćdziesiątkach i dwudziestkach. Teraz zdziwionymi i przerażonymi oczami oglądał puste miejsce. Nie dowierzając zmysłowi wzroku, podszedł do półki i przeciągnął po niej ręką. Palce natrafiły na papierek leżący nieco w głębi, tak że nie było go widać. W ręku trzymał niebieską dwudziestkę. Wszystko, co pozostało z dziesięciu milionów."
Pieniądze zniknęły z miejsca wydawałoby się doskonale chronionego, do którego dostać się można było tylko przy użyciu trzech kluczy, wymagających obecności trzech osób.
Zastosowana formuła złego i dobrego milicjanta ma pokazać ludzką twarz władzy. Zły wsadzałby wszystkich do paki, niezależnie od zajmowanego stanowiska; dobry daje szansę każdemu na udowodnienie niewinności. Pracownicy banku, w imię źle pojętej, bo przedwojennej lojalności, nie chcą współpracować z władzą, a główny woźny nawet tego nie kryje mówiąc "to nasze wewnętrzne zmartwienie, po co mówić o naszych sprawach obcym".
Skąd my to znamy???

Ciekawe jest, że w akcji pojawiają się czasy przedwojenne, okres II wojny, a nawet przynależność do AK. To jednak nie dziwi zbytnio, skoro pierwsze wydanie książko to rok 1965. Już trochę poluzowana cenzura pozwalała na takie wątki - trzeba jednak zaznaczyć, że bardzo powierzchowne.

Książkę przeczytałam w ramach majowej "Trójki e-pik", w kategorii "książka z liczbą w tytule"


środa, 5 czerwca 2019

Mocno posłodzona skrzecząca rzeczywistość

Od wydawcy:
"W małym, sennym miasteczku tylko na pozór niewiele się dzieje.
Malownicza kamienica z mansardą, której szczyt zdobią dwa zamyślone anioły zwane Serafinami, skrywa pod swym dachem niejedną tajemnicę. Nieprzewidziane okoliczności sprawiają, że Lena, dziewczyna pełna marzeń i wiary w przyszłość, zostaje jej nową lokatorką. Poznaje swoich sąsiadów, nietuzinkowe postaci, które sprawiają, że życie dziewczyny staje się jeszcze barwniejsze niż dotychczas (...)"
Ostatnio kilka razy dałam się namówić na wypożyczenie książki współczesnej polskiej literatury, chociaż już wiem, że w 90% to nie jest "to, co tygrysy lubią najbardziej". Młode skrzywdzone przez los/faceta/okoliczności itepe, singielki to nie moja bajka, ich przeżycia duchowe i fizyczne nijak się mają do mojej osobistej rzeczywistości, więc  dość szybko szczegóły akcji wyparowują z pamięci, a w niektórych przypadkach to i całość ucieka jak zbędny balast.
Jednak sięgam po tzw. kobieca literaturę jak po formę chwilowego relaksu, odprężenia... taka odskocznia nie wymagająca myślenia.

W tej powieści sytuacja jest nieco inna - obok głównej bohaterki (młodej), pojawiają się kobiety w różnym wieku - od zbuntowanej maturzystki  do staruszki stojącej nad grobem.
Każda z tych kobiet (wszystkie mieszkają w jednej kamienicy) ma swoje problemy i tak tkwią w tym marazmie zmartwień, aż do czasu gdy pojawia się Lena.
Lena ma zająć się swoją babcią po udarze mózgu, która notabene nigdy nie chciała jej znać, a w dodatku jest osobą  złą, w skorupie złych emocji, odpychającą ludzi swoim zachowaniem czym zapracowała na negatywną ocenę otoczenia. 

Tu  pojawia się pierwsze słodzenie, które mi szczególnie mocno zazgrzytało. Pięknie wygładzony obraz opieki nad starym chorym człowiekiem... prosto z bajki o szpitalu w Leśnej Górze. Mam osobiste doświadczenia w tej dziedzinie życia, więc jestem bardzo wyczulona na prawdziwość i nieprawdziwość opisów. Nie wierzę w tak idealną postawę opiekuńczą na dłuższą metę (szczególnie u bardzo młodej osoby) - po prostu człowiek wypala się z każdym tygodniem... z każdą chwilą traci się cierpliwość i zrozumienie dla chorego, a nasz organizm sam zaczyna wołać o odpoczynek i leczenie. Po kilku latach nadajemy się do resetu - nie lubię angielszczyzny w nadmiarze, ale to słowo akurat najbardziej tu pasuje.

Jest i drugie słodzenie. W pewnym momencie Lena zaczęła mnie denerwować... drażniła mnie jej nieustająco entuzjastyczna postawa, chęć pomagania innym wbrew ich woli, optymizm wsadzający nos w nie swoje sprawy. I olśnienie! prawie Eureka! - to wypisz wymaluj wkurzająca Pollyanna ze swoją GRĄ, którą wpychała na siłę wszystkim mieszkańcom miasteczka.

Przeczytałam "Cuda i cudeńka"na początku maja, ale zupełnie nie skojarzyłam, że właśnie realizuję jedną z trzech majowych kategorii: List do Ciebie. Po ogłoszeniu kategorii miałam (i nie tylko ja) pewne wątpliwości, typu " o co chodzi?"
Okazało się, że chodziło po prostu o listy we wszelkich sytuacjach literackich. A ja nie skojarzyłam z powieścią, w której mailowa korespondencja między Leną a tajemniczym właścicielem mieszkania na strychu jest jednym z ważnych wątków akcji. Nie skojarzyłam, bo elektroniczna poczta nie jest dla mnie prawdziwą wymianą listów... gdy przed laty prowadziłam korespondencję na papierze. Bardzo to lubiłam i bardzo żałuję, że to znak minionego czasu.

Z rozpędu przeczytałam dalszy ciąg powieści, czyli "Listy i szepty", ale o tym w osobnym wpisie.

I tą lekturą zaspokoiłam na dłuższych czas chęć czytania tego rodzaju powieści. 

wtorek, 4 czerwca 2019

Już nigdy nie damy się podzielić...

... tak mówił w 1980 roku Maciek Tomczyk do swojego ojca Mateusza Birkuta, stojąc na moście w miejscu jego śmierci.

Jakże gorzko dziś brzmią te słowa...

Nie bez powodu cytuję je właśnie dziś...

Właśnie wczoraj  oglądałam film (ponownie po wielu latach) i te słowa z końca filmu szczególnie mnie poruszyły.

 

niedziela, 2 czerwca 2019

Nowy miesiąc - nowe kategorie

Biorę udział tylko w dwóch zabawach czytelniczych - to i tak dużo jak na moje możliwości czasowe oraz zmianę podejścia do tego rodzaju akcji.


W Trójce e-pik mamy następujące propozycje:
 coś pysznego
 młodzieżowa przygoda
 książka z więcej niż trzema wyrazami w tytule

A  w zabawie na portalu Lubimy czytać

Nie mam problemu z wyborem tytułów, a jeśli mam to jedynie z nadmiarem propozycji .