niedziela, 23 kwietnia 2017

Niedziela z obrazem (103) przy okazji święta książek

Marcin Jabłoński "Dziewczyna ze śniadaniem na tacy"

 galeria lwowska, Lwów

Jakimi drogami dochodzę do obrazów wstawianych w tym cyklu?
To różne drogi - jedne prowadzą do znanych mi i lubianych malarzy... inne pozwalają na coraz to nowe odkrycia i poznawanie nie tylko interesujących obrazów, ale równocześnie często niezwykłych życiorysów ich twórców... zawsze też szukam wiadomości o malarce/malarzu, których nazwiska pojawiają się w czytanych przeze mnie powieściach.

Mimo ogromnych zasobów internetu (pod tym względem doceniam to źródło), nadal pierwszeństwo u mnie mają książki... i tak już chyba pozostanie... To źródło najcenniejsze, mimo upływu czasu mającego podobny zły wpływ na ocenę wartości niektórych książek... źródło mające dziś swoje święto - Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich.

Szukając obrazu do dzisiejszego wpisu sięgnęłam po książkę (od dawna czekającą na swój czas) Krystyny Bockenheim "Przy polskim stole". To książka, do której bardzo lubię wracać. Pięknie wydana, zawiera wiele zdjęć będących wskazówkami do dalszych poszukiwań.
W niej znalazłam zdjęcie obrazu nieznanego mi wcześniej malarza.
Niewiele informacji o nim podają źródła internetowe, ale dobre i to.

Marcin Jabłoński (1801-1876) - malarz i litograf.
Kształcił się kopiując obrazy w galeriach Warszawy, Krakowa i Wiednia. W 1820 roku zamieszkał we Lwowie, gdzie wkrótce zdobył duże uznanie jako portrecista. Pracował również dla kościołów, szczególnie lwowskich, malując i odnawiając obrazy ołtarzowe i polichromie.
W 1848 roku otrzymał pozwolenie na prowadzenie zakładu litograficznego.
W czasie powstania styczniowego stracił żonę i dwóch synów (w 1863). W tym samym roku sprzedał zakład i wyjechał ze Lwowa - wykonywał prace restauratorskie w cerkwiach i kościołach. Do Lwowa powrócił na krótko przed śmiercią.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Święta z obrazem (102)

Dyngus w Lipcach...
"Zaś nazajutrz, w świąteczny poniedziałek, dzień się podnosił jeszcze jaśniejszy, barzej jeno skąpany w rosach i modrawych omgleniach, ale i barzej rozsłoneczniony i jakiś zgoła weselszy. Ptaki śpiewały rozgłośniej, a ciepły wiater przeganiał po drzewinach, że szemrały jakby pacierzem cichuśkim; ludzie zrywali się raźniej wywierając drzwi a okna, na świat Boży lecieli spojrzeć, na sady przytrząśnięte zielenią, na te nieobjęte ziemie zwiesną oprzędzone, całe rosami skrzące, w słońcu radosnym utopione, na pola, kaj już oziminy, wiatrem kolebane, niby płowe, pomarszczone wody ku chałupom spływały. 
   Myli się przed domami, przekrzyki się niesły wskroś sadów, kajś już dym walił z komina, konie rżały po stajniach, skrzypiały wierzeje, wodę czerpali ze stawu, bydło szło do picia, krzyczały gęsi, a kiej dzwony uderzyły i ogromne, niebosiężne głosy jęły huczeć i rozlewać się na wieś, na pola, na bory dalekie, wzmogły się jeszcze krzyki, a serca żywiej i weselej zabiły.

   Chłopaki już latały z sikawkami, sprawiając sobie śmigus, albo przyczajone za drzewami nad stawem, lały nie tylko przechodzących, ale każdego, kto ino na próg wyjrzał, że już nawet ściany były pomoczone i kałuże siwiły się pod domami.

   Zawrzały wszystkie drogi i obejścia, wrzaski, śmiechy, przegony narastały coraz barzej, bo i dzieuchy gziły się niezgorzej, lejąc się między sobą i ganiając po sadach, że zaś ich dużo było i dorosłych, to wnet dały radę chłopakom rozganiając ich na wszystkie strony, a tak się rozswawolili, że nawet Jaśka Przewrotnego, któren się z sikawką od gaszenia pożarów zaczajał na Nastkę, dopadły Balcerkówny, wodą zlały i jeszcze do stawu zepchnęły na pośmiewisko…
Ale ozgniewany za despekt, iż to dzieuchy górę nad nim wzięły, przyzwał w pomoc Pietrka Borynowego i tak się zmyślnie zasadzili na Nastkę, aż ją dostali w pazury i pod studnię zawlekli, a tak srodze spławili, jaże wniebogłosy wrzeszczała… Zaś potem, dobrawszy jeszcze Witka, Gulbasiaka i co starszych, chycili Marysię Balcerkównę i taką jej kąpiel sprawili, aż matka z kijem leciała na pomoc; przyparli też gdziesik Jagnę i tęgo utytłali, nawet Józce nie przepuszczając, choć się prosiła i z bekiem leciała na skargę do Hanki.

   — Skarży się, a rada, oczy się jej skrzą do figlów!

   — A i mnie zapowietrzone do żywej skóry dojęły! — użalała się wesoło Jagustynka wpadając do chałupy.
— Niby te obwiesie komu przepuszczają! — biadoliła Józka przewłócząc się w suche szmaty, ale mimo strachu wyszła potem na ganek, bo aż dudniało na drogach od przeganiań i wieś się trzęsła wrzaskami: chłopaki dziw nie oszalały z uciechy, chodzili całą hurmą, zaganiając, kto się napatoczył, pod sikawki, aż sołtys musiał rozganiać swawolników, bo nie sposób się było pokazać z chałupy."
                                                                                 Władysław St. Reymont "Chłopi", część III "Wiosna"

"Dyngus u ludu w Miechowskiem"
(ilustracja z Encyklopedii staropolskiej ilustrowanej Zygmunta Glogera)

niedziela, 2 kwietnia 2017

Niedziela z obrazem (101)

Atak wiosny... a nawet można powiedzieć atak lata -  to najbardziej pasujące określenia tego, co dzieje się w pogodzie w ostatnich dniach. A swoją drogą zawsze słyszymy o ataku zimy, a inne pory roku traktowane są łagodniej. Zima atakuje śniegiem, mrozem, zamiecią... to jest bardzo uciążliwe dla wielu ludzi, ale równie uciążliwe (a chyba groźniejsze dla życia) są tak szaleńcze i gwałtowne skoki temperatur. Ja osobiście zawsze wolę atak zimy, niż to ostatnie porażające słońce. Przyroda zwariowała i ulice zamieniły się w rozgrzane patelnie... a  na drzewach nie ma jeszcze liści dających latem zacienione miejsce ucieczki.
 
Zanim przyjdzie piękny (oby łagodniejszy) czas kwitnienia drzew i krzewów wybrałam dzisiaj obraz mniej przyrodniczy. Czy nagość modelki może wydać się nieprzyzwoita w kontekście niedzielnego tematu? O wiele bardziej obrzydliwe były dla mnie wczorajsze widoki w autobusie i w tramwaju - rozmemłane do maksimum niedomyte i rozczochrane osobniki płci obojga odstraszające również brzydotą ciała i wygniecionych ciuchów przypominających ścierki do podłogi. Jak bardzo odległe są czasy przyzwoitości stroju na ulicy! - niezależnie od pozycji społecznej ludzi. Nie do pomyślenia było to, co dziś staje się normą narzucaną przez dawniejszy margines. Gdyby w tramwajach i autobusach nadal pracowali konduktorzy pilnujący opłat, to wielu z tych gapowiczów po prostu nie wsiadłoby i nie narażało innych na niemiłe doznania estetyczne (o zapachowych nie wspominając).
 
Odcinam się od niemiłej coraz bardziej rzeczywistości oglądając obrazy... słuchając muzyki.
 
 Teodor Axentowicz „Wiosna” (1900)
 
 

środa, 29 marca 2017

Pisać każdy może - tym razem o książkach kucharskich

Napisałam sobie dłuuugi, mąąąądry (według mnie, oczywiście) post, ale sama go skasowałam przy okazji innego naciskania guziczkami. Taka jestem na siebie zła, że już nawet nie mam ochoty próbować go odtworzyć... już się nie uda. To właśnie jest kolejny przykład na przewagę słowa pisanego na papierze nad tymi wszystkimi wirtualnymi ułatwieniami, które tak często nam to pisanie utrudniają.

To może opowiem własnymi słowami o czym było.
A było o moim zbieractwie kulinarno-książkowym... o jego początkach.. o wykorzystaniu książek we własnej edukacji kuchennej młodej mężatki, nie mającej kompletnie pojęcia o gotowaniu w czasach realnego socjalizmu... o tym jak przymus nauki zmienił się w prawdziwą przyjemność... o tym ile i jakie mam książki na kuchennych półkach (na jednej się nie mieszczą)...  jak zmieniało się z czasem moje podejście do pojawiających się po roku 1989 książek kucharskich...
Tak mniej więcej streściłam.

W pewnym momencie doszłam do wniosku, że nie jestem twórcza kulinarnie - jestem tylko odtwórcą przepisów w swojej kuchni. Nie mogę napisać o sobie jak niektóre blogerki "uwielbiam eksperymentować w kuchni" lub "tworzę własne przepisy". Oczywiście czytam takie opinie z przymrużeniem oka, bo szalenie bawią mnie te "autorskie przepisy" żywcem ściągnięte od innych. Nie mówię już jak bardzo śmieszą mnie takie teksty na blogaskach: "gotowanie jest moją pasją od wielu lat"... a autorka bloga ma tych lat 15, 16, 17. Jak widać pojęcie "wiele lat" też jest względne.

Od kilku lat staram się nie kupować nowych książek z kilku powodów:
- drastycznie musiałam zmienić dietę ze względów zdrowotnych i zapomnieć o tradycyjnej polskiej niezdrowej kuchni, której moje kubki smakowe nie chcą zapomnieć
- kosmiczne ceny tych wydawnictw odrzucają mnie już od witryn księgarskich
- zupełnie nie interesują mnie produkcje książkowe celebrytów, aktorek ze ścianki, czy innych osób z parciem na szkło. Nie mam ochoty nabijać nikomu kieszeni, kupując za ciężką kasę (której nie posiadam) książki, w której ktoś "się wyzewnętrznia kulinarnie". Czy dowiem się z takiej kolejnej książeczki czegoś nowego? Prawdopodobnie takie nowe dla mnie informacje w nich są, ale paradoksalnie na wstępie odrzuca mnie najczęściej osoba samej autorki (tworzą je głównie kobiety). Ktoś, kogo nie lubię jako osobę publiczną, nie jest w stanie zainteresować mnie swoimi wynurzeniami. 
A już szczególną alergię mam na wszelkiego rodzaju poradniki tworzone przez "gwiazdy" - dieta taka, dieta siaka, jak schudnąć, mój ogródek, jak się ubierać, jak się nie malować, filozofia paznokcia itd.

Wiem... nie jestem już grupą docelową (czyli jakimś tak targetem), bo tylko wśród młodych i bardzo młodych osób szukają wydawcy odbiorców tego towaru.

Wracając do moich półek - jednak nowe książki pojawiają się na nich... jako prezenty, a nawet wyjątkowo jako mój własny zakup.

Tak było z książką o kuchni podlaskiej... kupioną (o zgrozo!) w supermarkecie (ale nie z kosza, gdzie książki leżą stosami upchnięte jak kartofle).


Kupiłam ją wyłącznie ze względów sentymentalnych (po uprzednim dokładnim przejrzeniu).
Odnalazłam tu wspomnienia dzieciństwa (wakacje na wsi), ale przede wszystkim smaki kuchni mojej Mamy, pochodzącej z tamtych stron.
Takie potrawy gotowała Mama, przenosząc podlaską kuchnię do zadymionej Łodzi.

Książka jest pięknie i starannie wydana... należy do tych, które się wielokrotnie przegląda nie po to nawet, żeby skorzystać z przepisów, ale żeby powrócić do tamtych krajobrazów i wspomnień.


Postanowiłam rozszerzyć tematykę bloga o książki związane z kuchnią (w szeroki znaczeniu). A kuchnię podlaską wybrałam jako uzupełnienie niedawnego wpisu o powieści "Bluszcz sentymentalny", w której autorka również  zamieszcza kilka przepisów do wypróbowania.

wtorek, 28 marca 2017

Pajęczynka w stylu retro



Od wydawcy
"Klarysa Hailsham-Brown, młoda żona wysokiego urzędnika Ministerstwa Spraw Zagranicznych uwielbia płatać gościom figle, nic więc dziwnego, że gdy pewnego dnia wpada w prawdziwe kłopoty, nikt nie traktuje jej poważnie. Ostatecznie udaje jej się przekonać do nich trzej dżentelmenów o nieskazitelnej reputacji. Ulegają argumentom swej pechowej gospodyni i przystają na ryzykowny plan, w którym stawką jest kariera jej męża."

"Pajęczyna" jest adaptacją sztuki napisanej przez Agathę Christie i teatralny klimat odczuwa się w trakcie czytania dość mocno. Początkowo opowieść wydaje się nudna, ale akcja szybko wciąga czytelnika. Tak naprawdę to nie wiedziałam, czy traktować ją całkowicie poważnie, czy trochę na wesoło (jak kryminalne historyjki u Joanny Chmielewskiej).

Nie mniej jednak czyta się lekko i z przyjemnością, a niezbyt duża zawartość daje lekturę na jedno posiedzenie. Na przykład w pociągu...